Znowu spróbowaliśmy dotrzeć nad morze, tym razem ruszyliśmy na południe, do hrabstwa Waterford. Tramore - nazwa oznacza Wielką Plażę - jest miejscowością wybitnie letniskową, niemal każdy dom żyje z turystów i morza. Całą drogę lało, co budziło duży niepokój, ale na szczęście zaraz po naszym przyjeździe deszcz powędrował do centralnej Irlandii. 
Fale zalewały całą plażę aż do promenady, więc najpierw pojechaliśmy na farmę (Copper Coast Mini Farm), a potem, gdy morze się trochę uspokoiło, Maciek mógł się oddać zabawie na piasku. A ja "łapałam" różne oblicza morza...

Wariacje na temat koparki 

Na farmie były lokalne zwierzaki, na przykład wielobarwna owca. 

Radosna świnka, wcale nie różowa. 

Jak urośnie, też będzie taka pomarszczona, bo to jakaś wietnamska odmiana. 

Mało farmerskie zwierzątko - miniaturkowa odmiana wiewiórki.

Część zwierząt była na zewnątrz, jak te kaczki...

To nie złudzenie optyczne! One pływają w czymś bardzo zielonym! 

Mówią o mnie, królik uszatek, bo klapnięte uszko mam... 

W południe na plaży były wodorosty, Maciek i woda. Po późnym obiedzie woda się cofnęła, można było się obejść bez kaloszy.

Nawet na chwilę wyszło słońce, czego Maciek nie chciał docenić.

Na drugi dzień znowu mocno wiało, a my nie zabraliśmy czapek. Na szczęście czuwajowy polar ma odpinany kaptur. Szkoda że tylko jeden... Ja chcę się bawić tak jak chłopczyk! Tylko się nie przewróć do wody! A nie mówiłam!

Mokre spodnie tylko przeszkadzały w bieganiu...  Starsi mieli inne zabawy, głównie wykorzystujące obecny tu ciągle wiatr. Napędzana wiatrem hulajnoga? Napędzana wiatrem deska surfingowa? Akurat surfer schował się między fale, więc widać tylko napęd - czy to jest kite-surfing czy glide-surfing czy co?
Tramore - morze

powrót