Stare listy...

powrót do strony głównej  

   Ale o co chodzi?

   Od połowy kwietnia 2005 roku, czyli od momentu kiedy przyjechałem do Irlandii do pracy, co tydzień pisałem i wysyłałem do rodziny i znajomych list... A ponieważ listy te ciągle zawierają trochę informacji i anegdotek związanych z pobytem w tym kraju, umieszczam je także na tej stronie. Zainteresowanych zapraszam do lektury.

Kwasek     

pawel.kwasnik(at)gmail.com

 

Zielone niebo - 22.04

Zielony cień - 15.05 Zielone kamienie - 05.06 Zielony blask - 26.06

Zielone słońce - 29.04

Zielona muzyka - 21.05 Zielone słowa - 12.06 Zielona wyspa - 02.07

Zielony wiatr - 07.05

Zielona droga - 29.05 Zielony punkt - 19.06 Zielona seria - 10.07

 

 22.04.2005   Eight

 

„Zaczęło się od kradzionych bzów...” Ale może aż tak daleko w przeszłość nie będę sięgał. Wystarczy cofnąć się w czasie do stycznia tego roku:

Siedzimy sobie z bratem przy piwie w pubie, a na polu pada deszcz. I nie ma w tym nic niezwykłego, albowiem w zimie w Irlandii pada prawie zawsze. Fakt, że miejsce może być trochę zaskakujące, lecz jeśli już się jest na Zielonej Wyspie, to jednak pasuje napić się guinnessa w pubie, a nie gdzieś indziej. Czyż nie? Brat jest tu już od kilku miesięcy, przyjechali z narzeczona zarobić trochę (dużo) kasy na wspólny początek. A ja z rodziną przyjechaliśmy ich odwiedzić i zobaczyć na własne oczy ten legendarny kraj.

Zatem, spokojnie sobie siedzieliśmy, a Paszczak opowiadał, jak się tutaj żyje. Mówił, mówił, a ja słuchałem, słuchałem i... myślałem. W końcu powiedziałem: dosyć tego! Nie będzie mi tu szczeniak serwował jakichś bajek! Sam się przekonam, jak to to jest! A przynajmniej spróbuję...

Po powrocie do Polski poprosiłem szefa o rozwiązanie umowy o pracę. Z siedmio- (po, miejscami burzliwych, negocjacjach) tygodniowym okresem wypowiedzenia. Następnie: napisałem, z pomocą dobrych ludzi przetłumaczyłem na angielski i wysłałem emilem swoje CV. Do kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu czy wreszcie kilkuset (powiedz: trzysta) firm, w których potencjalnie mógłbym pracować w zawodzie. A potem już tylko czekałem, czekałem i czekałem...

Kiedy sytuacja stawała się już dramatyczna, zadzwonił jeden dziwny gość – Aidan. Okazał się bardzo zdeterminowanym człowiekiem. Ma więcej roboty niż ludzi, którzy mogą ją wykonać, więc jeśli tylko jestem inżynierem geodetą, to gotów jest mnie zatrudnić nawet, jeśli mój angielski jest raczej słaby (aczkolwiek, trzeba przyznać, rozmawialiśmy wtedy prawie przez godzinę). Następnie przysłał mi umowę o pracę na trzy próbne miesiące. A ponieważ kontrakt zawierał także inne całkiem dobre warunki – zgodziłem się.

Właśnie minął pierwszy tydzień w nowej pracy: ‘FCG Surveys’ in Athy, Co Kildare, Ireland. I (pomijając kwestię rozłąki z bliskimi) jestem z tego wszystkiego baaardzo zadowolony! A, co tu kryć – jestem cały szczęśliwy!!!

Powody tego szczęścia? Proszę bardzo:

Raz – udało mi się zrobić dokładnie to, co chciałem.

Dwa – Irlandia jako kraj, jako ludzie – bardzo mi się podoba.

Trzy – Guinness jest tu w każdym pubie i to za całkiem dostępna cenę.

Cztery – Warunki kontraktu są dotrzymywane, a są takie że uch!

Pięć – Robię to co umiem, to co lubię i jeszcze mi za to płacą. A jako inżynier czuję się tu po prostu szanowany. W Polsce jest uważane za coś normalnego, że jak człowiek szuka jakiejś rozsądnej pracy, to znaczy że jest po studiach, i nikt sobie z tego nic nie robi. A w tej firmie za samą wiedzę wyniesioną ze studiów jestem traktowany na preferencyjnych warunkach. Inżynierom wolno tu bardzo dużo.

Sześć – Osobiście jestem mile zaskoczony poziomem i jakością sprzętu, jaki jest w FCG używany do pracy. W moim odczuciu to prawdziwy hi-tech.

Siedem – i jeszcze kilka innych...

Inna ważną kwestia jest oczywiście język... Taaak. Z tym jest... ciekawie? Choć nie wiem, czy jest to dobre słowo. Faktem jest, że jakoś sobie daję rade. Choć kiedy słucham dwóch rozmawiających ze sobą Irlandczyków, np. kolegów z pracy, to jestem przerażony. Nie rozumiem ani słowa! Raz nawet spytałem ich czy przypadkiem nie rozmawiają w Gaelige? (Gaelige - zanikający Irlandzki język narodowy). I czemuś bardzo ich to rozbawiło...  Lecz przekonywali mnie, że mówili po angielsku. Aczkolwiek kiedy mówią coś bezpośrednio do mnie, to wyłapuję najważniejsze słowa, które układają się w jakąś logiczną całość. Zauważyłem, nie jest to może szczególnie odkrywcze, lecz wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, że jeśli rozmawiam z kimś, kto chce ze mną rozmawiać, kto jest nastawiony pozytywnie, to pomimo nieprawdopodobnych błędów językowych, jakie zdarza mi się popełniać – potrafię porozumieć się z taka osoba. Mój szef Aidan (który nawiasem mówiąc jest świetnym gościem), kiedy chce się upewnić, czy zrozumiałem, co mówił, po prostu każe mi to powtarzać. Najczęściej chwilę po tym ciężko wzdycha, kręci głowa i mówi jeszcze raz to samo, ale w o wiele prostszy sposób. (Tak jakby nie mógł od razu powiedzieć po prostu o co mu chodzi).

Dwa dni temu, razem z innymi w przerwie obiadowej (obowiązkowy lunch time) poszliśmy do sklepiku-baru i zamówiliśmy kanapki – pani przygotowywała je na poczekaniu. Malutki wstrząs w to spokojne popołudnie wywołało moje zamówienie: sandwich with hammer and chesse... Pani nie chciała przyjąć takiego zamówienia, kumple strasznie się krztusili, mieli łzy w oczach i nawzajem walili się pięściami po plecach. Za drugim podejściem dostałem jednak: one sandwich with ham and chesse. Pomylić się nie można, czy co?

Choć spotkałem się ze stanowczą opinią, że tutaj (czyli w Athy) jest to niemożliwe, to jednak znalazłem i wynająłem dla siebie jednoosobowy pokój. Negocjowałem z właścicielką warunki i nawet zgrabnie to wyszło. Oprócz pracy mam więc tu teraz własny choć mały kąt.

 

Ciągle jeszcze czuję się jak z całkiem innej baki. Otacza mnie dużo serdeczności, spotykają mnie same miłe rzeczy. Wygląda to wszystko jak jedna wielka wygrana na loterii. Całe mnóstwo szczęścia, na które nie zasłużyłem. Mam tylko nadzieje, że Ktoś się nie pomylił. Że któregoś dnia nie dowiem się: „Przepraszamy za poniesione trudy, ale to nie pana chodziło. Aha, rachunek za wszystko przyjdzie pocztą...”

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek

 powrót

29.04.2005   Eleven

 

Zastanawiam się czasami, po co ludzie budują ogrodzenia wokół swoich pól? Zazwyczaj nie wymyślam nic innego niż: po to, żeby było trudniej przejść. Skąd takie dziwne, wydawałoby się, myśli? Ano stąd, że pokonywanie ogrodzeń to teraz dla mnie codzienność. Taki los geodety terenowego w terenie, gdzie krajobraz składa się głównie z płotów. Ktoś pomyśli: płot to płot – znaczy: ktoś jest ignorantem. Jakim ja sam byłem jeszcze do niedawna. Bo trzeba wiedzieć, że ogrodzenia bywają różne. Na przykład taki typ 9 – drewniane słupki, a między nimi druty kolczaste, albo taki typ 4 – murek z kamieni specjalnie ustawionych ostrymi krawędziami do góry. A jeśli dodatkowo wzdłuż ogrodzenia rosną jakieś krzaki, to oczywiście są cholernie kłujące. Na przykład takie z malutkimi kolcami, których nie da się później w żaden sposób wyjąć z ubrania czy ze skóry (typ 6) albo z wielkimi twardymi kolcami, które z kolei tną ubrania i skórę bez żadnego kłopotu (typ 7 – tych to szczególnie nie lubię). Za to najbardziej lubię ogrodzenie typu 1 – czyli takie, które w pobliżu ma otwartą bramkę. Albo typu 2 czyli takie, które także ma bramkę w pobliżu, co prawda zamkniętą, ale łatwo się po niej wyspindrać na drugą stronę. Fajne jest też ogrodzenie typu 5 – mur tak wysoki, że nie będziemy go próbowali przechodzić (z tym że to ostatnie nie jest takie całkiem pewne...). Dlatego też bez trudu można poznać, jak długo ktoś pracuje w tej firmie – wystarczy przyglądnąć się jego spodniom, bluzie czy kurtce. Ostatnio wszedł do biura facet, którego pierwszy raz widziałem na oczy – od razu jednak nabrałem do niego głębokiego szacunku (i słusznie, jak się później okazało) – jego nogawki i rękawy były twarde o niezliczonej ilości pozszywanych rozdarć. Patrząc na siebie widzę cholernego 'żółtodzioba'. (Aha, typologia ogrodzeń jest autorska.)

W ogóle, Irlandia którą odkrywam tym razem (można powiedzieć wręcz, że poznaję ją metr po metrze) to głownie wsie, małe miasteczka i wielkie otwarte przestrzenie (zielone, ma się rozumieć) na polach między nimi. Dla  kogoś wychowanego w mieście jak ja (no, jest tak a nie inaczej, i już) taki gwałtowny kontakt z ogólnie pojętą Przyroda można chyba porównać do czołowego zderzenia z pociągiem. Chodziłem już z pomiarem po polach pełnych owiec (i słodkich owieczek, ech...), kóz, krów, a nawet młodych byków. Owce trzymają się z daleka (owieczki trzymają się swoich mam), kozom i krowom jest wszystko jedno, a młode byki... A młode byki są po prostu ciekawskie. Aczkolwiek nie jest to mile uczucie, gdy piętnaście półtoratonowych (tak, lekko licząc) byczków przepycha się między sobą próbując powąchać czy polizać statyw, którym się desperacko zasłaniasz. A nie wolno na nie wrzeszczeć, czy rzucać w nie czymkolwiek (statywem?), bo się zwierzyna stresuje, a tutejsi farmerzy są czemuś szczególnie drażliwi na tym punkcie. Tyle dobrze, że byki chodzą w jednej grupie – można więc mieć je wszystkie naraz na oku, i tak próbować prowadzić pomiary, żeby zawsze wypadały w innej części pola niż ta, którą właśnie wybrały sobie na b(r)ykanie. Patrząc z boku na biegnące stado, czuje się satysfakcję z uczestnictwa w pokazie takiego połączenia piękna i nie ujarzmionej siły. Ale już patrząc z przodu na to samo biegnące stado, czuje się tylko strach i przerażenie. A nuż właśnie nastąpił w nich przełom, i przed chwila z ciekawskich dzieci zamieniły się w dorosłe, wściekle, żądne krwi byki?! Trudno to stwierdzić tak na pierwszy rzut oka... Hm... może właśnie ta 'nieokreśloność' jest powodem, dla którego mi tu tyle płacą? Muszę to jeszcze przemyśleć...

Wracając jeszcze do owiec, to stojąc na jednej górce, widziałem (i słyszałem), jak na drugiej górce, farmer przy pomocy kilku psów zaganiał wielkie stado z wielkiego pola do zagrody. Otóż, pan rolnik stal na wzniesieniu z rękami w kieszeniach i samymi gwizdami wydawał psom polecenia. Przyznam, że wywarło to na mnie duże wrażenie.

Pełno jest tu też bażantów, kruków, kaczek, łabędzi, czapli i innych ptaszysk. Osobiście najbardziej we znaki dają mi się bażanty – głupie te gadziny już od świtu wydzierają się pod moimi oknami, akurat jak jeszcze trochę można by pospać... Tym nie mniej, z takim bogactwem doświadczeń przyrodniczych jeszcze się nie spotkałem.

Jeśli ktoś powie że, po prostu, nie jestem wybredny i zachwycam się wszystkim jak leci to... zapewne będzie miał rację. Ale jak można mówić że 'nie zachwyca' jak właśnie 'zachwyca', ke?

 

Ha, szef pozwolił mi w weekend zabrać firmowe auto i pojechałem na drugi koniec wyspy. Złożyłem wizytę u brata i bratowej (omc), którzy ciągle jeszcze wymieniają młodość na euro. Pewnie źle na tym wychodzą, skoro ciągle to robią. Znów wylądowaliśmy w pubie, znów słowa i piwo lały się strumieniami. Ech, jakże innych nabrało to teraz kontekstów. Mój jeju, mój jeju...

Wracając, zboczyłem z trasy, żeby przejechać przez góry, które od kilku dni widziałem na horyzoncie. Pogoda była wyśmienita, widoki jak marzenie. Jakiż to jest piękny zakątek świata! Uwielbiam to miejsce!

 

Aha – to może być ważne! Żeby Guinness nie zatrącił dla mnie swojej wyjątkowości postanowiłem znacząco ograniczyć jego spożycie. Tak wiec od wczoraj nie wypijam więcej niż dwie pinty dziennie. Howgh!

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek

 powrót

07.05.2005   Five

 

Strasznie dużo jest Polaków w tej Irlandii! I z miesiąca na miesiąc coraz więcej. Jedni ściągają drugich. Pierwsi przecierali ścieżki, kolejni maja łatwiej. Zresztą ze mną było podobnie – dla mnie ten kraj otworzył brat.

Dwa dni przed wylotem z kraju, dowiedziałem się, że w FCG pracuje chłopak, z którym studiowałem (!) i jeszcze drugi geodeta z Polski. (Szef jest z nich zadowolony, postanowił więc zatrudnić kolejnych polskich inżynierów – i tak trafiło na mnie.) A dzięki temu, że oni są już tutaj od kilku tygodni, łatwiej jest mi się we wszystko wdrażać. To oni właśnie, opowiadając o swoich doświadczeniach, pozwalają mi uniknąć różnych błędów i kłopotliwych sytuacji. Inna sprawa jest to, że uzbrojony w wiedzę wyniesioną z wielogodzinnych rozmów z bratem, w wielu przypadkach wiem o tym kraju i panujących tu zwyczajach więcej niż oni i niektóre sprawy od razu załatwiałbym inaczej...

Zresztą nadal tak jest, że wiele rzeczy robię inaczej niż oni... Bo jeśli chodzi o nasze charaktery, to bardzo się od siebie różnimy. (Znaczy, wygląda na to że obaj koledzy pasują do siebie  idealnie – ja tylko, jak zwykle, jestem z innej bajki.) Obecnie różnice między nami są na tyle duże, że nasze wzajemne stosunki można nazwać... wymuszoną (niechętną) tolerancją. W moim odczuciu rodacy owi są cokolwiek zgorzkniali, marudni, przemądrzali i  bezkrytyczni w stosunku do siebie – słowem Prawdziwi Polacy. (Zwłaszcza jeśli zejdą się razem, bo każdy z osobna jest jeszcze do wytrzymania)  Od początku pobytu pracuję w dwuosobowym zespole albo z jednym albo z drugim. Siłą rzeczy więc rozmawiamy ze sobą w języku ojczystym. Często też 'pośredniczą' w moich kontaktach z szefostwem, które to szefostwo uznało za coś naturalnego, że rodacy będą się mną 'opiekować'. I chyba ta (nieodpłatna) rola niańki najbardziej im dopieka... I nie starają się tego nawet jakoś szczególnie ukrywać... Cóż, bywa i tak. Na szczęście jestem już duży i wiem, że nie muszę się wszystkim przejmować. Niezaprzeczalny jednak jest fakt, że obaj maja już kilkuletnie doświadczenie w pracy geodety i na tym polu uczę się od nich bardzo dużo.

Całkowitym przeciwieństwem jest Davis, który wynajmuje pokój w tym samym domu co ja. Z tym że z niego jest taki Davis jak ze mnie Paul. Gość pochodzi z Mazowsza i jest najbarwniejszą postacią, jaka kiedykolwiek poznałem. W Irlandii jest od kilku miesięcy i pracował już w każdym jej zakątku jako: elektryk, spawacz, malarz, budowlaniec, hydraulik, kierowca wózka widłowego, a teraz tutaj jako mechanik od ciężarówek i autobusów – słowem Prawdziwy Polak. Jest szczery, otwarty, pomocny a przy tym wszystkim, paradoksalnie, chłopak nie ma jeszcze dwudziestu pięciu lat. Dawid zajmował się w życiu już wieloma rzeczami, raz będąc na górze, raz w dole, a jego 'przygodami' można by obdzielić kilka życiorysów...

I tak, pracuje z Polakami, mieszkam z Polakiem, i ich obecność tutaj jest głównym powodem, dla którego nie zetknąłem się jeszcze na poważnie z 'barierą językową'. Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie i plusy ujemne...

Oprócz jeszcze innych Polaków, spotkałem tutaj też kilka osób z Litwy, Czech, czy Słowacji. Słuchając ich historii potrafię chyba odpowiedzieć na pytanie: jak to jest z tą znajomością angielskiego. W kwestii tej myślę sobie tak: im ktoś lepiej zna ten język, to jest mu tutaj tym łatwiej. I odwrotnie, im ktoś zna go słabiej, tym jest mu tutaj trudniej. Uważam wręcz, że jeśli ktoś nie zna języka w ogóle, to jednak korzystając z inteligencji czy sprytu może tutaj przeżyć – aczkolwiek będzie to baaardzo trudne i raczej nie należy liczyć na pracę inną niż fizyczna. Patrząc z innej strony – nawet jeśli ktoś postanowi teraz że: jeszcze się pouczę języka, a potem pomyśle o wyjeździe, to w którymś momencie i tak będzie musiał zdecydować, że 'potem' już nadeszło. Kiedy to będzie? Po zdaniu egzaminu FCE? Kiedy będzie rozumiał teksty angielskich piosenek? Swobodnie rozmawiał na każdy temat? A jeśli to jest 'za dużo', to weźmy pod uwagę trochę niższy poziom: swobodna rozmowa na wybrane tematy? Rozumienie treści piosenek podanych w formie tekstu pisanego? Wydaje mi się, że trudno jest stwierdzić, kiedy przychodzi ten moment! Chwila gdy poziom znajomości języka można uznać za wystarczający... Wystarczający do czego? Można uczyć się wiele lat i nadal bać się konfrontacji z rzeczywistością, a można też nie uczyć się w ogóle i się tej konfrontacji nie bać. Ale jest to już oczywiście kwestia osobniczych cech charakteru... Czy ja wiem: odporności na stres, wytrzymałości psychicznej, przezwyciężania obaw. Istotnym czynnikiem (jeśli nie najważniejszym) jest też poziom determinacji...

Ja sam uczyłem się angielskiego przez wiele lat: w szkole, na studiach i jeszcze w prywatnych szkołach. (Z tym że dopiero przez ostatnie kilka miesięcy, kiedy musiałem z własnych pieniędzy płacić za lekcje – traktowałem je poważnie.) A wspomniany już wcześniej Dawid przyjechał tu angielski znając na tyle, ile nauczył się (niejako przy okazji) podczas grania na komputerze i 'chodzenia' po Internecie (!). Przyjechał tu trzy miesiące temu uzbrojony w 'rozmówki polsko-angielskie'. Dziś rozmawia z tubylcami na poziomie, który mnie przewyższa o jakieś dwa semestry (wyjątkowo kiepsko idzie mu jednak czytanie i pisanie). Ale jest to cholernie twardy i inteligent gość! Ja jestem tu od trzech tygodni i przez ten czas zdążyłem już poznać większość słownictwa, jakie jest mi na co dzień potrzebne do pracy. Wystarczy mi to, żeby jako tako funkcjonować w firmie.

Muszę tu oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że jednym z trzech przedmiotów ze studiów, które do tej pory mi się do czegoś przydały była: 'geodezja praktyczna po angielsku' prowadzona przez dr Adama Bałuta. (Pozostałe dwa to 'geodezja inżynieryjno-przemysłowa' oraz 'rachunek wyrównawczy w ujęciu statystycznym' – przez który powtarzałem rok... Może jeszcze dodałbym to tego 'fotogrametrię i teledetekcję' oraz... kilka innych... A co tam, studia to było cos, ech... Ale chyba zboczyłem z tematu...). Od dr Bałuta po raz pierwszy też usłyszałem, że wie to z własnego doświadczenia iż, wystarczy znać dziesięć słów w danym języku i już można próbować jechać za granicę...

Reasumując więc, myślę sobie tak: jeśli ktoś naprawdę chce wyjechać – to wyjedzie. A jeśli ktoś mówi, że chce naprawdę wyjechać – to będzie mówił jeszcze bardzo długo.

 

I to prawie wszystko na ten czas...

Kwasek

 

Oświadczam że, nieprawdą jest, jakoby byłbym pijakiem! Wspomniane kiedyś dwa piwa dziennie stanowią limit górny a nie dolny. A i to rzadko osiągany...

Oświadczam że, nieprawdą jest, jakoby w tutejszych pubach był tylko Guinness. Jest całe mnóstwo rożnych piw, drinków czy innych napojów – prawie każdy może znaleźć coś dla siebie...

 powrót

15.05.2005   Four

 

Firma, w której pracuję, składa się z trzech działów i zatrudnia około trzydzieści pięć osób. Prawie połowa z nich pracuje w moim dziale – czyli w geodezji. Prace terenowe wykonywane są w niezależnych, dwuosobowych zespołach. Zespoły komponowane są dorywczo (mam tu na myśli skład personalny) wg sztywnego schematu: jeden inżynier, jeden pomiarowy, jedno auto oraz instrumenty pomiarowe w zależności od potrzeb. Już pierwszego dnia pracy (jak każdy pracownik) otrzymałem przydziałowe: jaskrawożółtą, ciepłą kurtkę z odblaskowymi pasami; takąż samą lekką kamizelkę; robocze półbuty; wysokie gumiaki; oraz gumowane, nieprzemakalne spodnie. Od tygodnia mam także służbową komórkę i firmowe auto (srebrna, dwuosobowa 'półciężarówka' van – z kierownicą po prawej stronie, oczywiście do pracy, ale także – co jest super, do użytku własnego w granicach rozsądku) oraz... mam prawo do własnego pomiarowego.

Sprzęt pomiarowy, którym pracuje jest 'z najwyższej półki': zestawy GPS (do pomiarów na otwartej przestrzeni, a tej tutaj nie brakuje), elektroniczne tachimetry (pomiary uzupełniające w pobliżu drzew lub budynków, lub pomiary o wyższej precyzji) oraz elektroniczne niwelatory. Wszystko jest, oczywiście (!) odporne na deszcz. Pracuje się na tych instrumentach wygodnie, wręcz przyjemnie, a roboty ubywa bardzo szybko. Oprócz sprzętu pomiarowego i dwóch, małych krótkofalówek zespół bierze jeszcze do auta: pomarańczowego 'koguta' stawianego na dachu samochodu i kilka znaków drogowych z napisami typu: 'Uważaj na pracujących geodetów!' (tłumaczenie własne, dosyć swobodne z ang.: 'Slow! Surveing in progress.'). Przydaje się to wszystko, kiedy pomiary prowadzone są przy samej drodze lub bezpośrednio na niej.

Dla zainteresowanych więcej szczegółów: Firma ma kilka zestawów GPS (Trimbla): baza-odbiornik; kilka tachimetrów (Trimbla i Leica) z opcjami: śledzenia pryzmatu, laserowego wskazywania celu, pomiaru bezlustrowego, instrument może też podawać komunikaty głosem; niwelator (Leica) z łatą kreskową: siedmiokilometrowe oczko, po pięciu godzinach pomiarów, zamknąłem na trzy milimetry! Z innych ciekawostek branżowych: w Irlandii nie ma żadnych WODGIK’ów! Podpis geodety pod wykonaną mapą nadaje jej charakter prawny! Klient przysyła zlecenie przez sieć, kilka dni później dostaje tą samą drogą plik z mapą, a kurierem jedzie do niego wersja papierowa – płaci przelewem po otrzymaniu materiałów i sprawa zostaje zamknięta. Następny, proszę... Kolejną ciekawostką jest to, że tutejszy (nie wiem tylko czy firmowy czy krajowy) standard pracy przewiduje od razu pracę w 3D (stawiając pikiety trzeba zawsze mieć świadomość, że dokładnie z nich będą później  generowane trójkąty siatki TIN), ponad to: każda pikieta jest kodowana, więc nie prowadzi się szkiców. W efekcie po zgraniu pomiarów z instrumentu do komputerów w biurze, od razu otrzymuje się DTM z nałożoną na niego sytuacją. Jeszcze tylko trochę zabiegów kosmetycznych przy modelu i dany projekt zostaje zakończony. Zdumiewająco proste i skuteczne! Trzeba tylko mieć dobry sprzęt i umieć to wykorzystywać.

W poniedziałek rano są rozdzielane prace na cały tydzień dla poszczególnych zespołów. (Większe prace wykonuje kilka zespołów jednocześnie. Same prace to najczęściej typowe pomiary sytuacyjno-wysokościowe dla 'mapy do celów projektowych', ewentualnie tyczenia obiektów. 'Obsługa inwestycji' trafia się bardzo rzadko, ale wynika to z filozofii firmy.) Inżynier otrzymuje orientacyjną mapę z zaznaczonym obszarem, wykaz obiektów, które trzeba pomierzyć z dokładnością określaną w zależności od tego, do czego później ma służyć dana mapa. Następnie trzeba na mapie Irlandii znaleźć tą miejscowość, o której 'mówi' mapa orientacyjna. A to jest dopiero loteria! Carna? Gdzie jest Carna? Jeeest... Jakieś pięć godzin jazdy w jedną stronę... Leixlip – jedna godzina. Cork – cztery godziny. Tullamore – półtorej godziny. Portlouise – pół godziny. Jeśli wypada daleki wyjazd (kilkudniowa delegacja), to trzeba tylko zabrać z domu plecak z rzeczami, z firmy odpowiedni sprzęt i w drogę. Na miejscu śpi się wtedy w hotelach lub bardzo popularnych tutaj B&B (Bed and Breakfast) - rodzaj małych pensjonatów albo 'kwater dla turystów'.

O pomiarach na polach już kiedyś pisałem, natomiast praca przy drogach/ulicach ma trochę inną specyfikę (pomijając to, że najczęściej jest wtedy dużo więcej 'szczegółów do ściągnięcia' – obiektów, które trzeba zmierzyć). Tym razem chodzi mi o ludzi. Ludzie są jeszcze bardziej ciekawscy niż byki! A trochę głupio posyłać ich 'w diabły' wrzeszcząc i machając przed nosem statywem... Udawanie baaardzo zapracowanego człowieka też ich nie zniechęca. Jak już taki/taka zatrzyma obok mnie samochód, żeby się o coś spytać, to będzie tak czekał/czekała, aż w końcu go/ją 'zauważę' i podejdę. No i wtedy się zaczyna – kakofonia dźwięków zakończonych pytajnikiem. Na to wszystko ja, w wypracowany i wypróbowany sposób, spokojnie: 'Sory, ken ju ripit?' O, i teraz możemy zaczynać rozmowę. Od tej chwili mówią już powoli, wyraźnie, uważnie patrząc, czy zrozumiałem. I tutaj, w zależności do treści pytania, wyjaśniam: co robię, jak działa tachimetr, jak działa GPS, jak dojechać do... (tu wstaw nazwę dowolnej miejscowości, sklepu, banku itp.), oraz: jaki jest, do cholery, numer do mojego szefa. (To ostatnie było tylko raz, kiedy gość nie mógł zaparkować przed swoją posesją bo akurat tam miałem swoje stanowisko i nie chciałem się 'trochę' przesunąć. Powiedziałem mu, że wszystkie informacje o firmie są napisane na moim aucie. Ale nie wiem, czy tam dzwonił, szef w każdym razie nie wspominał mi o tym.) Jeśli wiem, co odpowiedzieć ciekawskiemu, to odpowiadam. Ba, pierwsze trzy wymienione pytania to teraz już dla mnie żaden kłopot! A z innymi pytaniami to jest rożnie. Generalnie jednak ludzie są tutaj bardzo uprzejmi i zawsze zanim odjadą, to (niezależne, czy dowiedzieli się tego, co chcieli, czy nie) uśmiechną się, podziękują i jest tak jakoś miło.

Z 'historii rozmów przy drodze' opowiem jeszcze dwie:

Stoję sobie spokojnie za instrumentem, wymiatam pomiarowym po okolicy (wcześniej dokładnie ustaliłem z nim co i w jakiej kolejności ma wskazywać), a tuż obok zatrzymuje się samochód. Chwilę go przetrzymałem, ale oczywiście nie odjechał.  No to podchodzę, jak zwykle słyszę zbitkę dźwięków w formie zdania pytającego, na to zasuwam swoja kwestie, a kierowca (kobieta), po krótkiej chwili wahania, pyta: Are you from Poland? Przyznam że mnie to trochę zmieszało, w ogóle  się nie znamy, a tu takie pytania... Cóż jednak było robić, 'z pewną taką nieśmiałością' potwierdziłem. Wywołało to, równie gwałtowny, co zaskakujący wybuch radości zakończony szarpaniem za ramię siedzącego obok pasażera i wykrzykiwaniem: He’s from Poland! He’s from Poland! Na to gość westchnął ciężko i zapytał mnie, po polsku, o drogę do jakiegoś tam miasteczka. Akurat wiedziałem, więc szczegółowo objaśniłem im, jak dojechać i wszyscy byli zadowoleni.

 

cdn...

 

Kwasek

 powrót

21.05.2005   Nine

 

cd.

 

Druga z 'historii rozmów przy drodze' miała taki przebieg:

Znów, stoję sobie za instrumentem, macham na przejeżdżające samochody gestem rozumianym tutaj jako: 'zwolnij!'. Macham tak, ponieważ pomiarowy kawałek dalej stoi miedzy pasami dokładnie na środku drogi i wskazuje lustrem mierzoną właśnie 'linię centralną'. A tu zatrzymuje się przy mnie... policja. Całkiem blisko, na poboczu, stoi moje auto (z nazwą firmy ‘FCG Surveys’). Pomarańczowy 'kogut' miga sobie radośnie na dachu. Ja sam jestem ubrany w jaskrawożółtą kurtkę, pomiarowy (fakt, że stojący na środku jezdni) też jest tak ubrany. Kilkadziesiąt metrów wcześniej stoją 'nasze' znaki drogowe. Niby wszystko jest w porządku, ale zawsze w takich momentach robi się człowiekowi cieplutko. Trochę ich poignorowałem, ale nic to nie dało – dalej tu stoją. Przez radio kazałem więc pomiarowemu zejść na chwilę z jezdni (po co ma się narażać kiedy i tak nie mierzę). Podchodząc do radiowozu, powiedziałem jeszcze po polsku, do wyłączonej już krótkofalówki jakieś bezsensowne zdanie, żeby od razu wiedzieli, z kim mają odczynienia. Podszedłem. Oparłem się łokciami o otwarte okno i czekam. Policjanci patrzą na mnie poważnie, aż w końcu jeden z nich zadał (głupie, tak właściwie) pytanie: 'Are you OK?' Teraz ja patrzę na nich poważnie, zastanawiając się o co im chodzi, i po chwili (na podobnym poziome) odpowiadam: 'Yes, I am OK.'. (Piłeczka po ich stronie!) Znów chwila poważnej ciszy, i znów słyszę to samo pytanie, zadawane z mocnym akcentowaniem każdego słowa, poprzedzonego długą przerwą: '...ARE ...YOU ...OK ...?' No, cóóóż... Skoro już raz, przed momentem, twierdząco odpowiedziałem na to pytanie, a w międzyczasie nic się nie zmieniło, to teraz też odpowiadam tak samo, z tą tylko różnicą, że mocno akcentuje każde słowo i poprzedzam je długą przerwą: '...YES ...I ...AM ...OK.'. (Ha, piłeczka po ich stronie!) Zapada długa, grobowa cisza. Niespodziewanie czuję że zbiera mi się na śmiech, choć czemuś, wydaje mi się, że nie jest to najlepszy moment do tego. Zachowuję powagę. W końcu drugi policjant, wskazując moje auto mówi: 'He is surveyor!' W jakiś magiczny sposób zdanie to pozwala wszystkim wyjść z twarzą z tej patowej sytuacji. Napięcie odczuwalnie spada. Pozwoliłem sobie nawet na malutki uśmiech. 'Aaa, you are surveyor! OK!' I pojechali dalej w swoich sprawach... Pytanie pomiarowego, o czym tak długo gadałem z policja, zbyłem krótkim: 'Wracaj na środek!' Bo tak szczerze mówiąc to nie mam pojęcia o czym. Może pytali się, czy ja jestem normalny? W takim razie dobrze, że nie zrozumiałem, o co im chodzi, bo z tak postawionego pytania mogłaby się wywiązać naprawdę długa dyskusja... Patrząc na ta całą sytuację już z perspektywy kilku dni, po raz kolejny dochodzę do wniosku, że ja to jednak czasami potrafię być irytująco bezczelny.

Ale, ale... Przypomniała mi się sytuacja, kiedy też 'zrobiło mi się cieplutko'. Jakiś czas temu, w Krakowie, późnym popołudniem, pracowałem sobie przy komputerze (było to jeszcze w poprzedniej pracy), kiedy uchyliły się drzwi do pokoju, a stojący w nich szef (i to nawet nie bezpośredni, a sam naczelny!) powiedział: 'Panie Pawle, proszę przyjść do mojego gabinetu.' I zamknął drzwi. To był właśnie ten moment! Do klamki miałem jakieś pięć kroków, a ile w tym czasie wydarzyło się w mojej głowie! 'Co zrobiłem nie tak? Coś zawaliłem? Zapomniałem? Nie mam pojęcia, o co chodzi, jak więc przygotować się do obrony? Może zemdleję?' A kolana – jak z waty. Wtem, drzwi otworzyły się znowu i stanąłem z nim 'oko w oko'! 'Aha, i proszę wziąć z kuchni dwie szklanki.' I poszedł. Ha! Niespodziewanie, z lekkością uniosłem się nad ziemię. Nadal nie wiedziałem, o co chodzi, lecz każdy chyba przyzna, że przestało to brzmieć groźnie? Mógłbym tu zakończyć te wspominki, w końcu chciałem powiedzieć tylko o sytuacji, kiedy 'zrobiło mi się cieplutko', lecz... a nuż kogoś ciekawi, co wydarzyło się chwilę później? Więc: wchodzę do gabinetu, stawiam szklanki na stole, 'Proszę usiąść.', siadam, szef wyciąga skądś w połowie pełną, litrową butelkę whisky, polewa, 'Proszę.', 'Dziękuję.', degustujemy, 'Dobra?', 'Wyśmienita!', (ja tam akurat bardzo lubię whisky), 'Pamięta pan ten ostatni duży projekt, przy którym wszyscy pracowali?' 'Tak, pamiętam.' 'Klient był bardzo zadowolony z efektów. I do faktury dołączył ten upominek.' Ot, i wyjaśniło się!

Naprawiając wrażenie, że 'nie szanuję swojego pomiarowego', chcę zapewnić, że jesteśmy w dobrych stosunkach. Chłopak jest oczywiście inżynierem geodetą z Polski i jako 'nowy' wdraża się do pracy w firmie, tym razem pod moją 'opieką'. Uczy się obsługi sprzętu (chodzi o samo oprogramowanie, bo jak działa tachimetr, to wie) i co jakiś czas zamieniamy się miejscami. Ja biorę lustro i biegam po okolicy, a on stoi za instrumentem i koduje pikiety. Chłopak, choć może trudno w to uwierzyć, zna angielski gorzej ode mnie! I z nas dwóch to na razie ja jestem tym, 'który wie i rozumie'. Ten gość (w przeciwieństwie do 'zastanych') jest w porządku, nadajemy na podobnych falach. Obaj mamy chęć i energię poznawać ten kraj jak najlepiej, oczywiście w miarę możliwości. Aczkolwiek, nie da się ukryć, że jest z niego nieprawdopodobny gaduła!

Zdarzyło się w poprzednim tygodniu, że jeden z kolegów-rodaków 'niechętnie przeze mnie tolerowanych' powiedział mi, że tak samo jak on już wcześniej, to teraz ja,  w najbliższym projekcie, będę musiał mierzyć 'linię centralną' między pasami na... autostradzie przy Cork. Przyznam, że wstrząsnęło to mną trochę. Tak szczerze mówiąc, to wstrząsnęło to mną bardzo! Do tego stopnia, że tego samego dnia wieczorem, wziąłem słownik, zeszyt i przygotowywałem się do jutrzejszej, poważnej rozmowy z szefem. Dwa tygodnie wcześniej niwelowałem na poboczach tej autostrady przyszłe stanowiska, wiedziałem więc dokładnie, jaki tam jest ruch!!! Licząc się z tym, że może to być już mój ostatni dzień w tej pracy, wparowałem rano do gabinetu szefa i wyłuszczyłem swoją kwestie, nastawiając się jednocześnie na przedstawienie swoich argumentów i na zbijanie kontrargumentów (długo się przygotowywałem do tej rozmowy!). Powiedziałem na początek, że nie będę wchodził na środek autostrady, jeśli nie będę czuł się bezpiecznie! A szef na to: 'To nie podlega żadnej dyskusji! Wasze bezpieczeństwo jest sprawą priorytetową! Pomiary zaplanowane są na noc, kiedy ruch jest minimalny.' O! Zrobiłem głupią minę, powiedziałem 'Aha...' i wyszedłem. Zastanawiałem się później, jak mogłem uwierzyć temu koledze, a zwątpić w Johna? 'John jest mądry, John jest dobry, John mnie nie skrzywdzi!' (to cytat, choć imię zmienione). I tak przez kilka 'dni' pracowaliśmy nocami (od g.22 do g.4), mierząc 'linię centralną' na praktycznie całkowicie pustej autostradzie.

Nigdy wcześniej nie słyszałem o 'geodezji nocnej', ale z tym sprzętem, który tu mamy, nie stanowiło to najmniejszego problemu. Instrument cały czas sam 'śledził' tyczkę (i dobrze, bo ja nie jej nie widziałem), a świecąca w ciemności czerwona kropka oznaczała, że laserowy wskaźnik wycelowany jest dokładnie w środek lustra. Pomiarowy tylko mówił przez krótkofalówkę, że już stoi, a ja naciskałem 'enter'. Ot, cała filozofia. 'Niedługo, panie, maszyny i komputery wszystko same będą robiły za geodetów...' Do tego czasu jednak może jeszcze trochę tu zarobię...

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek

  powrót

29.05.2005   One

 

Carna. Kolejny projekt, kolejna mapa, w zasadzie nic szczególnego – zwykły syt-wys, i to na otwartej przestrzeni, czyli wszystkie pomiary można wykonać GPS’em. Na dodatek, sądząc po ilości hektarów podanych w emilu, teren nie jest duży. Łatwizna... Sprawdzając jeszcze odległości na ma mapie kraju, ucieszyłem się, że będę blisko Galway. Umówiłem się więc na wieczorne spotkanie z bratem.

Jednak jadąc już na miejsce, cały czas miałem wrażenie, że w projekcie tym ukryty jest jakiś 'haczyk'. Albowiem dwie kwestie były szczególnie intrygujące: dlaczego John dał nam na same pomiary trzy dni, zamiast jednego; oraz dlaczego wysłał do pracy dwóch wdrożonych już inżynierów, zamiast jak zwykle jednego inżyniera i jednego pomiarowego?

Dojechaliśmy. No cóż... Gdybym umiał, to pewnie poklął bym sobie szpetnie. Kolega akurat umiał! W Polsce mówi się o kimś, że będzie geodetą, jeśli przepracuje całą zimę w terenie i nadal będzie chciał wykonywać ten zawód. W Irlandii z braku mroźnej zimy mówi się zapewne, że ktoś będzie geodetą, jeśli w ciągu trzech dni pomierzy tę małą działkę w Carnej i nadal będzie chciał wykonywać ten zawód... Tam jest 'wszystko': płoty z kolczastego drutu, kłujące krzaki we wszystkich odmianach (w tym też te wyższe ode mnie), mnóstwo 'samotnych' sterczących skał (coś jak: wioska pustelników), bagna, pochowane w krzakach malutkie oczka wodne, byki, łabędzie, kraby, jezioro, morze (!), dziesiątki wysepek, setki rowów i rozpadlin co jakiś czas wybuchających fontannami wody, podmytych i zapadających się skarp, ruiny jakichś budynków, mury oporowe i jeszcze parę innych 'atrakcji'. Słowem, takie nagromadzenie rzadko spotykanych szczegółów terenowych, i to na głupich siedmiu hektarach, że trudno przypuszczać, iż jest to sprawą przypadku!

Myślę, że jakiś tutejszy, wyjątkowo złośliwy profesor geodezji zdefraudował pieniądze uczelni oraz kilku charytatywnych fundacji, którym honorowo przewodniczył i wybudował ten obiekt, aby gnębić co bardziej bezczelnych studentów. A czasami też wynajmuje go prywatnym firmom, żeby sprawdziły swoich nowych pracowników – zamiast trzymiesięcznego, trzydniowy okres próbny: czysta oszczędność.

Trzy dni później, pogardliwym gestem, rzuciliśmy mapę na biurko Johna. Oglądając ją uśmiechał się tylko. Jakby do wspomnień, czy coś... Oczywiście nie daliśmy po sobie poznać, jak bardzo ten akurat kawałek Irlandii 'dał nam w kość'. Ale jeśli ktoś poprosi mnie teraz o to, żebym pokazał mu mapę 'Tej Działki w Carnej', to odpowiem mu tylko: sam sobie zmierz!

Aaaa... nie będę taki i udzielę chociaż kilku rad. Na przykład: 

- Wysokie gumowe buty są bardzo dobre do chodzenia po gęstych kolczastych krzakach. Nie dotyka się wtedy ziemi, ale tyczka spokojnie się do niej przebija; 

- Gumowe rybackie spodnie byłyby lepsze do chodzenia po gęstych kolczastych krzakach. Plątanina gałęzi, na której się stoi, czasem może się złamać; 

- Byki umieją pływać – ostatecznie można je przepędzić do jeziora; 

- Nie wszystkie byki umieją wychodzić z wody po mulistym brzegu – ostatecznie lepiej ich nie przepędzać do jeziora; 

- Byk utknięty po brzuch w bagnie ryczy, jakby go zarzynano; 

- Farmerzy nie lubią, kiedy ich byk ryczy, jakby go zarzynano; 

- Jaskrawożółta robocza kurtka ma czarna podszewkę – jeśli ubierzesz ją na 'lewą stronę', trudno cię będzie dostrzec ukrytego w krzakach; 

- Wystraszony byk zapędzony (nawet przypadkiem!) w ślepy zaułek staje się zły; 

- Byk nie wspina się po skałach; 

- Bez tyczki z GPS’em w rękach szybciej można wspinać się na skałę; 

- Wspinając się na skałę, zabieraj ze sobą tyczkę z GPS’em – jeśli już jesteś na górze, to zawsze możesz ją sobie pomierzyć, po co wracać tam później drugi raz; 

- Jeśli słyszysz, że na skale coś piszczy, to zapewne jest to wiatr 'rozcinany' na pół przez wysuniętą antenę GPS’a; 

- Nie skacz ze skały 'na trawę'. Chyba że masz przy sobie zapasowe gumiaki, a te 'na amen' wbite w bagno możesz już tam zostawić; 

- Jeśli wiesz, że w okolicy są łabędzie, to ostrożnie wychodź zza skały. Przy zaskakujących spotkaniach 'oko w oko' wszyscy są nerwowi i wystraszeni. A dorosły łabędź oglądany z bardzo bliska to naprawdę wielki ptak;

- Jeśli nie jesteś pewien, czy podmyta skarpa utrzyma twój ciężar, to nie sprawdzaj tego podskokami; 

- Jeśli już stoisz w wodzie, to zmierz poziom lustra wody – zawsze to jedna pikieta więcej;

- Linii brzegowej miedzy skałami nie da się zmierzyć dokładnie. Musisz generalizować;

- Kraby nie 'przegryzają' się przez gumiaki; 

- Tyczka postawiona na krabie nic mu nie robi (przy pomiarach o wyższej precyzji, od pikiety takiej należałoby później odjąć wysokość kraba); 

- Mierząc przybrzeżne wysepki, obserwuj morze, pamiętając o przypływie; 

- Morska woda potrafi być cholernie zimna, a na dnie morza jest pełno ostrych muszelek;

- Nie próbuj, czy morska woda jest słona, jeśli nie masz czegoś do popicia. Lepiej mieć przy sobie coś do popicia... 

- Nic tak nie usuwa smaku soli z ust, jak dobry guinness po całym dniu pracy; 

- Zamulone, porośnięte glonami głazy są bardzo śliskie; 

- Jeśli cały śmierdzisz mułem i rozmazanymi glonami, nikt się do ciebie nie przysiądzie w malutkim, zatłoczonym, wiejskim pubie; 

- Kilkudniowy zaschnięty muł i glony łatwo się spierają; 

- Jeśli 'przebijesz' się przez zewnętrzna warstwę wysokich kolczastych krzaków, to wewnątrz (przy zachowaniu maksymalnej koncentracji) można się nawet powoli poruszać. A antena GPS’u bez trudu przebija się przez sklepienie wysokich kolczastych krzaków; 

- Trzy dni to tak naprawdę siedemdziesiąt dwie godziny, cały ten czas można rozsądnie wykorzystać. System GPS całkiem dobrze działa też przed świtem jak i po zmierzchu; 

- Drogi w okolicy Carnej są bardzo wąskie i kręte. I nie da się w miarę szybko dojechać stamtąd do Galway i z powrotem;  

Dosyć tego! Koniec rad. O całej reszcie przekonasz się już na miejscu.

No cóż... Patrząc na te swoje parę już tygodni stażu geodety terenowego, to 'Ta Działka w Carnej' wymagała ode mnie wykorzystania prawie wszystkich umiejętności związanych z orientacją w terenie i wyobraźnią przestrzenną. Otarłem się niemalże o granice swoich możliwości z tego zakresu. I oczywiście odczuwam teraz ogromną satysfakcje z tego, że jednak udało mi się 'zrobić' coś takiego.

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek

  powrót

05.06.2005   Seven

 

Po całym dniu pracy terenie samochody zjeżdżają do bazy. Wszystkie torby, pudła i skrzynie ze sprzętem wracają do biura. Zestawy trafiają do boksów, zgodnie ze swoimi numerami. Parzyste na prawo, nieparzyste na lewo. Dwa rzędy po kilkanaście stanowisk. Instrumenty mogą już schnąć i odpoczywać. Z pudełek wyciągane są tylko karty pamięci i akumulatory wszelkiego rodzaju. Dane z kart trafiają do komputerów, do jednoznacznie określonych katalogów. Będą czekać na dalszą obróbkę już w biurze. A akumulatory idą do ładowania. Pozorna plątanina kabli i niespotykanych wtyczek. Kilkadziesiąt akumulatorów dostaje swą codzienną porcję energii. Zapalają się więc kolorowe diody: różowe, czerwone, pomarańczowe czy zielone, wszędzie rozlega się ciche, radosne pikanie. W grupach, po kilka sztuk, leżą obok siebie i dzielą się wrażeniami z dnia. Lubię tą chwilę, tuż przed zamknięciem biura, kiedy jeszcze ostatni raz przechodząc między boksami sprawdzam, czy wszyscy mali pracownicy są zadowoleni, czy każdemu świeci jego dioda szczęścia. Jedyny ich kontakt ze światem ludzi, bo między sobą porozumiewają się pikaniem i piszczeniem. Pik, pik, piiik...; ...o mało mnie nie przemoczyło...; ... wtedy wystraszyłem się, że mnie już nie znajdzie...; ... a to znacie: idzie tachimetr i niwelator, i tachimetr mowi: ty, spójrz do góry!...; ...nic już nie dało się zrobić: tylko do wyrzucenia...; ...a później ona mu dała...; ...przybiegł i powiedział: nie zamyka się na pół metra! a inżynier spytał: pół metra? ale w terenie czy na mapie?...; ...pik, pik piiik...

 

Jest kilka różnic w mentalności ludzi żyjących w Irlandii, a żyjących w innym systemie. Jedną z nich jest to, że tutaj żyje się prosto i nikt sobie niepotrzebnie tego nie komplikuje. Jest to ściśle związane z tym, że generalnie ludzie: z jednej strony ufają sobie, a z drugiej po porostu są uczciwi. Nie ma tu faktur, pieczątek, urzędowych zaświadczeń. Moje słowo czy mój podpis mają wagę oficjalnego dokumentu. Przybywający tu emigranci w jakiś tam sposób dostosowują się do tego trendu, jednakże im jest ich (nas?) więcej, tym częściej trafiają się jednostki odczytujące uczciwość jako naiwność, czy zaufanie jako łatwowierność. Obawiam się, że już całkiem nie długo fakt, iż ktoś przyjechał z Polski czy Litwy nie będzie wzbudzał sympatii, a wręcz przeciwnie. Już teraz często słyszę: 'Ach, z Polski! Bardzo dużo jest tu Polaków! (plus niewypowiedziane: i sam już nie wiem, co o tym myśleć...)'. Nie da się ukryć, że zmieniają się przez to sami Irlandczycy. I trzeba być bardzo odważnym, albo patrzeć na wszystko jakoś długofalowo, żeby powiedzieć, iż są to zmiany na lepsze.

Na samym początku, kiedy przyjechałem do Athy, przez kilka nocy spałem w B&B, zanim nie znalazłem dla sobie pokoju do wynajęcia. Ponieważ szef zapewnił mnie, że firma pokrywa mi koszy noclegów w dwóch początkowych tygodniach, pierwszego poranka chciałem wziąć od właścicielki rachunek. Kobieta bardzo była zdziwiona moją prośbą, lecz w końcu wyrwała kartkę ze zwykłego zeszytu, napisała tam dzisiejsza datę, kwotę, podpisała się i wręczyła mi to. Teraz z kolei ja byłem zdziwiony, i zastanawiałem się, czy należycie rozumiemy słówko: bill – rachunek. Zapewniała mnie, że to wystarczy, a widząc, że w dalszym ciągu jestem nie przekonany, dala mi swoja wizytówkę i powiedziała, że jeśli będzie taka potrzeba, to w każdej chwili mój szef może tu zadzwonić albo przyjechać, a ona mu wszystko wyjaśni. W burze szef spytał, ile kosztował nocleg, pokazałem 'rachunek', a on bez słowa go wziął i wypłacił mi cala kwotę. Tak samo było z kosztami podroży, firma zrefundowała mi wydatki po tym, jak tylko powiedziałem, ile zapłaciłem. Nie pokazywałem żadnych faktur, czy nawet samych biletów. Kupienie czegoś na koszt firmy w sklepie czy na stacji benzynowej? Tak samo – paragon z kasy (jakich dziesiątki leżą koło każdego kosza na śmieci) jest podstawą do zwrócenia mi pieniędzy bez żadnych dodatkowych wyjaśnień.

Nie mogłem otrzymać PPS (Irlandzki numer PESEL), ani założyć konta w banku, dopóki nie miałem adresu zameldowania w tym kraju. Kiedy już zdecydowałem się na zamieszkanie w tym swoim pokoju, tego samego dnia popołudniu sekretarka z firmy poszła ze mną do urzędu pracy i do banku, żeby pomoc mi otrzymać PPS, wypełnić ankietę do obliczenia progu podatkowego i założyć konto – miałem już bowiem 'adres zameldowania' – własny pokój i oświadczenie wynajmującego, że tam faktycznie mieszkam... Nawiasem mówiąc, cały nasz 'spacer' – maraton po urzędach, nie trwał dłużej niż trzy kwadranse! I nikt oprócz mnie nie był tym zaskoczony.

Niekomplikowanie sobie życia, objawia się w ten właśnie sposób, że sprawy załatwia się tu po linii najmniejszego oporu. Konto mam założone w tym samym banku co firma i wszyscy jej pracownicy. I jest to bank położony najbliżej biura. Firmowe samochody to nowe volkswageny przypuszczalnie tylko dlatego, że diler tej marki jest najbliżej. W pierwszej godzinie mojego pobytu w firmie szef pojechał ze mną kupić mi te wszystkie przydziałowe ubranka i buty, a w drugiej już jechałem w teren na pomiary. Wszystkie formalności związane z przyjęciem mnie do pracy trwały tyle, ile zajmuje podpisanie kontraktu przez dwie osoby (nawet to jest bez jednej pieczątki!). Reszta formalności została załatwiona już poza mną, kiedy na drugi dzień po złożeniu wniosku, sekretarka zadzwoniła do urzędu, żeby pobrać mój PPS.

Słowem, sprawy, które mogą być załatwione szybko, są tak po prostu załatwiane. Np. w pokoju, który wynajmuje, na samym początku stało wielkie dwuosobowe łóżko. Powiedziałem właścicielce, że wezmę ten pokój, ale wolę mieć mniejsze łóżko i przez to trochę więcej miejsca do ruchu. Kiedy wieczorem wróciłem z pracy w drzwiach minąłem się z ekipą, która przywiozła i wniosła moje nowe spanie. Niby sam chciałem, ale znów trochę byłem zaskoczony tempem.

Z innej beczki: Nie ma tu czegoś takiego jak dowód rejestracyjny samochodu. Komplet stanowią: kluczyki, auto i naklejka z ważnym ubezpieczeniem na szybie. A ile razy na wsiach czy w małych miasteczkach widziałem zaparkowane auta z kluczykami w stacyjce! Nic tylko chodzić i wybierać... A sam samochód, czy motor jest takim samym przedmiotem handlu jak marchewka. Dwóch ludzi dogaduje się co to ceny, wymiana kluczyków za pieniądze, uścisk dłoni – sprzedane. Formalności właśnie się dopełniły... Powiem jeszcze więcej, nie ma tu czegoś takiego jak 'policja drogowa'. A mimo to kierowcy generalnie jeżdżą zgodnie z przepisami i są dla siebie oraz pieszych bardzo uprzejmi i wyrozumiali.

Doprawdy, dziwni są ci Irlandczycy...

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek 

powrót

 12.06.2005   Six

 

Coraz lepiej wychodzi mi dogadywanie się z otoczeniem. W hotelu, w B&B, w restauracji, w pracy, w domu (z właścicielką)... Zdarzyło się już nawet kilka razy, że wyszedłem 'na miasto' bez słownika w torbie! Taki bywam odważny! Ale były to krótkie wyjścia i nie czułem się z tym zbyt dobrze. Faktem jednak jest, że któregoś wieczoru przez ponad godzinę rozmawiałem z pewnym młodym małżeństwem (małżeństwo było młode w sensie irlandzkim) i poruszyliśmy kilka tematów (aczkolwiek, co jakiś czas, mojego słownika używały obie strony). Z kolei jako szef zespołu pomiarowego otrzymuję instrukcje do pracy, potem muszę zdać robotę, uzupełnić o jakieś tam swoje uwagi, i co tu dużej kryć – zaczyna się to jakoś kręcić.

Oczywiście nie mówię płynnie, ani gramatycznie poprawnie (niestety), ale generalnie dogaduje się. Choć są też sytuacje, kiedy mimo starań obu stron, nie dochodzi do porozumienia, najczęściej zdarza się to podczas rozmów telefonicznych. Natomiast kiedy rozmawiam z kimś bezpośrednio, zawsze (licząc na wyrozumiałość rozmówcy) mogę sięgnąć do słownika i odczytać potrzebne słówko. Czasami rozmówca nadal nie ma pojęcia, co powiedziałem, pokazuje mu więc palcem wyraz, o który mi chodzi, wtedy rozmówca radośnie go wykrzykuje (zawsze mam wrażenie, że przed chwilą powiedziałem to samo!) i rozmowa toczy się (posuwa się?) dalej.

Zauważyłem też u siebie i innych tu Polaków, że w rozmowach między sobą zdarza się nam zaczynać zdania w jednym języku a kończyć w drugim. Wiem, że w jakiś tam sposób jest to 'nieeleganckie', ale na razie uważam to za coś zabawnego i niegroźnego.

Nie mniej jednak, z powodu istnienia bariery językowej, ciągle jeszcze czuje się jak komputer o niewykorzystywanych możliwościach. Wiem, że mógłbym pracować bardziej intensywnie, odpowiedzialnie, wydajnie, gdybym tylko potrafił zrozumieć bardziej złożone i subtelne polecenia. A tak, mówię to, co potrafię powiedzieć, a niekoniecznie to, co chcę powiedzieć. I analogicznie: wykonuje polecenia, które potrafię zrozumieć, a niekoniecznie takie, które potrafiłbym wykonać tak w ogóle. Malutkim pocieszeniem jest myśl, że to właśnie jest pole, na którym nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa...

Jednym ze sposobów na kontakt z żywym językiem, jest chodzenie do pubu z irlandzkimi współpracownikami. Oprócz tego, że się w ogóle rozmawia, można też dowiedzieć się interesujących rzeczy... Na przykład, wy nie wiecie, a ja wiem, że: Titanic wcale nie zderzył się z góra lodową. Był celem ataku IRA, co miało ugodzić w dumę Anglii! To bez sensu, przecież połowa pasażerów to byli Irlandzcy emigranci, dlaczego IRA ich zabiła? To był wypadek, ładunek wybuchowy, który miał unieruchomić silnik był zbyt silny. Bo jak myślisz, dlaczego dopiero w godzinę po incydencie wezwano pomoc przez radio? Bo załoga myślała, że sobie sama poradzi...? Nie! Dlatego, że przez tę godzinę na statku toczyła się walka! A góra lodowa? Góra lodowa to bycza... bzdura! To angielska propaganda! Do tej pory ludzie w to wierzą! Podręczniki do historii kłamią! Spytaj każdego w tym barze, to powie Ci, jak było naprawdę!

 

Trevor – szef projektu, w którym ostatnio pracuję, powiedział niedawno:  musicie pomierzyć ten mały fragment tachimetrem, bo za dużo tu drzewek i krzaków, żebym mógł go pomierzyć GPS’em. Według mnie, tutaj jest także za dużo drzewek i krzaków, żeby cokolwiek pomierzyć nawet tachimetrem. No wiem, dlatego zostawiam wam też to. Pokazał na duży sekator i coś co wyglądało jak sierp z półtorametrową rączką. Tak więc przez następne siedem godzin czuliśmy się jak Amerykanie w wietnamskiej dżungli, i dopiero po tym czasie wyjęliśmy w ogóle instrument z pudełka. Pół godziny później było już po pomiarach. I tylko, kiedy już pakowaliśmy się do odjazdu, popatrzyłem na to, co jest wokół mnie, pomyślałem sobie, że teraz to równie dobrze mógłby tu przyjść Trevor ze swoim GPS’em i samemu sobie ten kawałek pomierzyć...

Hm... Tak generalnie, wychodzi na to że kilkadziesiąt godzin tygodniowo spędzam na spacerach z GPS’em lub z lustrem (ew. na staniu za instrumentem) albo przy innych pracach poza biurem. I jednym z efektów takiego staniu rzeczy jest to, że lecą ze mnie wszystkie spodnie, jakie mam: te trochę za duże, do których zawsze (na szczęście) nosiłem pasek, te 'w sam raz', z którymi wcześniej nie miałem kłopotu, oraz 'te ciut za ciasne', które przypominały mi czasy lepszej formy... A teraz, jeśli nie chcę wyglądać jak jakiś raper, do każdej pary muszę używać paska. Znów wychodzi na to, że najlepsze są te spodnie, które zostały mi z wojska – są na szelkach! Tyle tylko, że wyglądają na mnie, jakby nadal wisiały na wieszaku... Innym widocznym efektem pracy na polu jest to, że od słońca i wiatru mam białe włosy i ciemnobrązową twarz (oraz popękane wargi, ale to już szczegół).

 

Polacy, z którymi rozmawiałem, generalnie przyjechali tu, żeby zarobić ew. żeby zarobić i przeczekać. Żywność kupują w najtańszych sklepach, bardzo rzadko wychodzą do pubu, o turystycznym podróżowaniu w ogóle nie myślą. Żyją bardzo oszczędnie, licząc każdego wydanego euraska. Jeśli robią to wszystko z własnej woli, taki maja plan i konsekwentnie go realizują – nic mi to tego. Stanowczo jednak nie zgadzam się z żałosnymi narzekaniami i opiniami, że wszystko tutaj jest cholernie drogie i że w ogóle cała ta Irlandia to jedna wielka... mmm... nieporozumienie. Od razu wtedy ciśnie się na usta pytanie: 'Skoro jest Ci tu tak źle, to czemu nie wracasz?' Typowa odpowiedź: 'Bo płacą tu trochę lepiej, ale też nie są to żadne wielkie pieniądze...' Yyasne!

Przestałem już zwracać uwagę na takie teksty. Przestałem wręcz zwracać uwagę na ludzi, który potrafią tylko narzekać i złorzeczyć. Nie reaguje na idiotyczne uwagi wygłaszane tonem 'prawd objawionych'. A czasem, patrząc na gościa z irytacja, nakazuję mu, ażeby się oddalił.

Wiem że jestem 'inny', ale liczyć potrafią chyba wszyscy. Ja sam, na swoje własne potrzeby oraz w celu zachowania jako takiej równowagi psychicznej stosuje (mało odkrywczy) przelicznik: ile czego mogę kupić za godzinę swojej pracy. Przy takim podejściu do sprawy, nie wysilając zbytnio umysłu, stwierdzam, że tutaj taką samą ilość: żywności, ubrań, kosmetyków czy mediów (woda, gaz, prąd, paliwo) mogę kupić po przepracowaniu mniejszej ilości godzin niż w Polsce. Nawet osoba pracująca za najniższą gwarantowaną prawem stawkę (około: siedem i pół euro za godzinę),  może opłacić wszystkie swoje podstawowe potrzeby bytowe i jeszcze bez wielkiego trudu zaoszczędzić kilka stówek. I dokładnie w ten sposób żyje tu większość emigrantów. Po prostu: siła nabywcza pieniądza jest tutaj większa – życie jako takie jest tańsze. W klasyfikacji tej nie mieści się może tylko zakup na własność nowego domu (może nie mieści się więcej rzeczy, ale jeszcze o tym nie słyszałem). Owszem, nowe domy to tutaj maja drogie. Ale też widząc, jak wiele nowych osiedli jest budowanych w każdym mijanym miasteczku, wnioskuję, że ludzie skądś jednak mają pieniądze na ich zakup! Że mimo odstraszających cen, ktoś je kupuje. I nie sądzę, żeby byli to tylko ludzie najbogatsi, nawet tutaj nie ma ich chyba aż tylu. Myślę, że jest to głownie, szeroka klasa średnia. Klasa, która w naszym kraju praktycznie nie występuje. A jeśli już to, nie w takich (procentowych) ilościach.

Wracając jeszcze na chwilę do cen. Być może różnica między mną, a spotykanymi rodakami, w kwestii poczucia co jest drogie a co tanie, wynika też z tego, iż ja zamierzam mieszkać tu przez jeszcze co najmniej kilka lat i dlatego przestaje mnie 'pasjonować', co ile kosztuje w Polsce... 'Popatrz, (...), taka malutka bułka za dwadzieścia trzy centy! Złotówka - za takie nic! U mnie na osiedlu są takie po trzydzieści pięć groszy! Chyba ich (...)!'

 

Przygnębienie dopada mnie wieczorem. I to nawet nie znienacka, żadne tam zaskoczenie. Po prostu bezczelnie siedzi sobie na drodze do domu i czeka, aż będę wracał z miasta, z daleka już ciesząc się na mój widok. Dom to może dużo powiedziane. Mały, pusty, cichy pokój. Zimne łóżko, jedna szafka, jedna szafa, jedno krzesło. Kawałek podłogi, okno, puste ściany. Klasztorna cela. Ot, taki większy namiot: dwa i pół na dwa i pół na dwa i pół. Niewiele kosztuje, daje jakieś tam poczucie prywatności, ale generalnie nie ma do czego wracać. Dlatego też wolę pracować w soboty, zwykle siedzieć do późna w biurze, czy chociaż w jakimś pubie. Posłuchać muzyki, posłuchać ludzi, pooszukiwać się trochę. Nie zastanawiać się za bardzo, nie myśleć, nie wspominać, nie rozpamiętywać, nie tęsknić... Czasem się udaje. Czasem nie. Z rożnymi uczuciami, jakoś tam sobie radzę, jednakże Maćka widzę wszędzie: przy karuzeli, przy zjeżdżalni, przy rzece, przy owcy, przy drzwiach, kiedy stając na palcach próbuje sięgnąć do klamki. Przy mnie... Tłumaczę sobie, że w jakiś tam sposób jestem tu też dla Niego. Że za kilka, kilkanaście tygodni będziemy tutaj razem. Wierzę, że mieszkając tu, łatwiej mi będzie pokazać Mu te wszystkie piękne miejsca na Ziemi, które chcę Mu pokazać, od samej Irlandii poczynając. (Hm... właśnie sobie pomyślałem, że prawdopodobnie, kiedyś sam to wszystko będziesz czytał, mój Synu... Cóż... widzisz więc, tak to właśnie wyglądało...) Kilka, kilkanaście tygodni... Dam radę! Nie takie rzeczy ludzie wytrzymują. Trzeba być twardym, a nie 'miętkim'. I nikt nie mówił że będzie lekko, nikt... Pewną ulgę w tym wszystkim przynoszą mi wszystkie wiadomości z Krakowa, mówiące że przez cały ten czas Młody po prostu dobrze się bawi, że jest szczęśliwy i radosny – jak zwykle.

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek

 powrót

19.06.2005   Ten

 

Wspominane kiedyś nocne pomiary, mają ten plus, że jak już człowiek wyśpi się po pracy i wstanie koło południa, to ma cały dzień dla siebie przed kolejną szychtą. A mój partner również należy do tych, którzy wolą być na zewnątrz niż przed telewizorem, nie było więc żadnego problemu z namówieniem go na wycieczkę. W zasadzie, jak tylko zobaczył, że studiuję mapę okolicy Cork’u od razu wyczuł, co się kroi. No bo, skoro mamy auto, mamy czas i mamy ochotę, to czemu by nie?

Tak więc atlas drogowy ląduje na kolanach pasażera i... naprzód! (Aha, jeśli kogoś nudzą już te moje zachwyty, może od razu przejść do ostatniego akapitu tego listu, gdzie występuje intrygujące i mocne słowo: seks.) Wystarczy tylko zjechać trochę z głównej szosy i już człowiek (w miarę normalny człowiek) cały jest... zachwycony. Na przykład taki Atlantyk, stoi sobie człowiek na skraju stumetrowego klifu, wiatr jak... znaczy, bardzo wieje, mewy nieruchomo unoszą się tuż nad głową, słońce świeci, żadnych chmur na horyzoncie, patrzy sobie człowiek na te spienione oceaniczne fale w dole i jak tu nie być szczęśliwym? Aczkolwiek tak szczerze mówiąc, to zawsze myślałem, że ten Atlantyk jest trochę większy...

Albo trafia człowiek na jakiś zagubiony mały, szary kamienny, zameczek z trzynastego wieku, otoczony wspaniałym kolorowym ogrodem, i już czuje się, jak postać z bajki. Fakt, że dużo dobrego nastroju dodawała nam wtedy niesamowita pogoda. Od półtora tygodnia nie padało! Aż, gdzieś tak pod skórą, przechodzi mrowienie na myśl, że jak niedługo pogoda weźmie się za wyrównywane tygodniowych bilansów opadów, to 'żywy stąd nie wyjdzie nikt'.

Wracając jeszcze do tego klifu, fantastyczne było to, że wypatrzyliśmy tam schody (trochę wąskie i strome) prowadzące do samego morza. Oczywiście, że musieliśmy po nich zejść. Wrażenie niezapomniane. (Czy wspominałem już, że bardzo żałuje, iż nie mam ze sobą swojego aparatu i obiektywów?) A na dole malutka, zaciszna, piaszczysta plaża, z trzech stron osłonięta od wiatru skalami. Nic tylko brakuje jakieś syrenki siedzącej na skale. A może właśnie się schowała? Wracając ze spaceru trafiliśmy jeszcze na tablicę informacyjną, z której dowiedzieliśmy się, że w tej okolicy można zobaczyć delfiny. Pewnie stąd te schody? Nie zobaczyliśmy jednak żadnego, być może dlatego, że te mądre przecież zwierzęta, nie spodziewały się odwiedzin w godzinach, kiedy porządni ludzie są w pracy? Później oglądaliśmy jeszcze latarnie morskie i w ogóle czuliśmy się, jak na wakacjach nad morzem. Przed wieczorem zaliczyliśmy jeszcze godzinną drzemkę w słoneczku na plaży i pełni energii mogliśmy pojechać do pracy.

Tego popołudnia przejechaliśmy opłotkami ponad sto mil, i zastanawialiśmy się, czy nie przekroczyliśmy w ten sposób umownych granic zdrowego rozsądku. Ale z drugiej strony wytłumaczyliśmy sobie to w tak, że nietypowe (nocne) pomiary wymagają nietypowych zachowań. Czyż nie?

 

Innym razem, któregoś wczesnego południa, będąc już od kilku dni w delegacji, zameldowałem szefowi projektu, że właśnie skończyliśmy mierzyć to, co ostatnio nam kazał. I chłopak zmartwił się trochę, bo myślał że zajmie nam to więcej czasu, a tu taka komplikacja. Skoro tak, stwierdził, to wracajcie już do Athy, tylko nie bądźcie tam zbyt wcześnie, bo ja oberwę, że nie mam dla was zajęcia, a po prostu już nie mam, ten projekt jest właściwie skończony. No cóż... Jeśli tak się sprawy maja, to chyba wiem, gdzie spędzimy trochę czasu w drodze powrotnej. Jest taki zameczek w Cahir, który trudno przeoczyć – mijany zawsze przyciąga wzrok...

Co tu kryć, teraz mogę powiedzieć to z pełnym przekonaniem: jest to kolejne fantastyczne miejsce w tym kraju! Jeśli ktoś poważnie podchodzi do atrakcji turystycznych wartych obejrzenia, koniecznie musi tam trafić (do kilku innych miejsc też, ale to już zupełnie inna historia). W każdym razie wcale nie żałuję wydanych euraskow!

No dobra, zamek jak zamek. Na pewno na wyspie jest sporo innych tak zachowanych, z przygotowaną i dopracowaną trasą turystyczną, z modelami, ekspozycjami, filmami, przewodnikami... Możliwe, że ten zamek wydaje mi się taki szczególny, ponieważ bardzo wiele rozumiałem z tego, co mówiła pani przewodnik! Ha!

Później stoimy sobie na wieży zamku, oparci łokciami o mur, nastroje wyśmienite, trochę leniwe, każdy w swoim zamyśleniu patrzy na rzekę Sur, która z dwóch stron opływa twierdzę: Popatrz, niby taki szeroki, spokojny nurt, a jednak silny jest skubaniec! Ha, z rzekami to tak jest, wiem coś o tym. W poprzedniej pracy mierzyłem przekroje przez Sołę. Też niby szeroka rzeka, a prąd był taki, że nie szło utrzymać lustra! Tu pewnie też tak jest, mowię ci, też byłoby przy niej sporo roboty, to się tylko tak wydaje! Hm... A ja w poprzedniej pracy rysowałem tereny zalewowe Soły, wyliczane w oparciu o przekroje... No popatrz...

Na drugi dzień rano, Aidan przywiózł samochodem do pracy łódkę na przyczepie. Bierzcie, chłopaki, sprzęt i jedziemy robić przekroje przez rzekę. Przez która rzekę? Jest taka jedna, nazywa się Sur, będziemy ją mierzyć trochę na północ od Cahir, wiecie, gdzie to jest? Wiemy!

I tak, w zespole z samym szefem całego tego biznesu, pojechaliśmy w teren na pomiary. Wydawało nam się, że facet w krawacie i lakierkach cokolwiek nie pasuje do takiej pracy, ale na miejscu Aidan zdjął krawat, założył gumiaki i jaskrawożółta kamizelkę jak wszyscy i calutki dzień pracował na równi z nami. Ja stałem na brzegu za instrumentem, a oni pływali łódką po wodzie, próbując co jakiś czas przez kilka sekund utrzymać pionowo lustro oparte o dno koryta. Łódź miała dwa wielkie, ciężkie drewniane wiosła na wszelki wypadek, bo w komplecie był także potężny spalinowy motorowy silnik. W takich warunkach to można pracować. Lecz słuszność miał kolega, mówiąc dzień wcześniej, że to tylko wydaje się takie łatwe... W końcu jednak zrobiliśmy kilka przekrojów, i na koniec z wszystkimi już betami wracaliśmy do samochodów, płynąc niespiesznie środkiem rzeki, przez chłodne i mroczne tunele zieleni. Trwało to i trwało, zanim Aidan znalazł na tyle szerokie miejsce, żeby swobodnie zawrócić. Przez te kilkanaście minut, przechylony za burtę, trzymając rękę w wodzie, czułem się jak uczestnik programu Animal Planet czy innych podroży po Amazonii. Jak to czasem niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia...

Wracając jeszcze do rozmowy na wieży, i tego jak to się wszystko dziwnie ze sobą wiąże... To jest dokładnie tak jak na filmach braci Cohen – sploty akcji takie, że trudno dać im wiarę, po czym coś takiego samego wydarza się naprawdę i aż się człowiek zastanawia, czy przypadkiem bracia Cohen nie wiedza czegoś więcej o życiu... (Nie tylko w Europie trafiają się dobre filmy.)

 

A przy sobocie po robocie pojechałem w odwiedziny do rodziny. Jak zwykle pobyt był bardzo przyjemny i odprężający. U bratostwa było prawdziwe jedzenie, markowe alkohole, wyśmienite towarzystwo i jeszcze inne atrakcje. Co by nie mówić, jest to pocieszające i jakby nie było - pomocne, że o dwie godziny drogi od Athy jest miejsce, w którym czuję się tak dobrze.

A z innej strony takie dziwne wydaje mi się trochę to, że tak po prostu mieszkamy, pracujemy i co jakiś czas spotykamy w tym 'obcym' kraju. Wielkie wyjazdy, przeprowadzki, zmiany, i w ogóle cala ta niezwykłość... w jakiś tam sposób powszednieje. To jednak prawda, że żyjemy w 'globalnej wiosce'...

 

I to tyle na ten czas... Aha, i jeszcze na koniec obiecane słowo – seks.

Kwasek

  powrót

26.06.2005   Three

 

Pub w Irlandii to trochę inne miejsce niż knajpa w Polsce. Powiedziałbym, może trochę na wyrost, że pub jest miejscem pełniącym funkcje społeczne. Jest miejscem spotkań, oglądania wszelkiego rodzaju meczów, muzykowania, śpiewania, tańczenia, itp. W jednym pubie jednocześnie można spotkać wszystkie stany: młodzież, robotników, gości pod krawatami, panie i panów z siwymi włosami. (Taka scena: W pubie, przy trzech złączonych razem stolikach zastawionych drinkami, siedzi blisko mnie grupka pań. Na oko same babcie emerytki, przechwalają się zdjęciami swoich wnucząt, jak wnoszę z zasłyszanych okrzyków i zachwytów. I co w tym dziwnego? Jeden szczegół – zdjęcia są w telefonach komórkowych, które krążą podawane z rąk do rąk.) Wyjście do pubu po pracy jest tutaj zajęciem tak popularnym i powszechnym jak u nas... bo ja wiem... spędzenie popołudnia przed telewizorem. Z tego też powodu zawsze jakiś pub jest w każdym miasteczku, wsi, osadzie czy przysiółku. A także w każdym innym miejscu, gdzie jeśli tylko stoją trzy domy, to na pewno w jednym z nich jest przynajmniej mała izba, która jest lokalnym pubem (tak to przynajmniej wygląda w miejscach, które odwiedzam)...

Im bardziej oddalam się od świateł miasta, tym częściej spotykam się z bezinteresowną życzliwością ludzi. Na wąskich, wiejskich drogach wszyscy kierowcy pozdrawiają się uniesieniem dłoni, a każdy przechodzień uśmiecha się do drugiego i życzy mu miłego dnia. I w takich też miejscach irlandzkie puby są prawdziwe i naturalne. Z racji swojej pracy, często zdarza mi się bywać 'daleko od szosy'. Jeśli mam akurat robotę na jakichś krańcach cywilizacji, to przynajmniej jednego wieczora staram się pójść do lokalnego pubu, żeby poczuć ten klimat (poszukać legendarnego Baru McCarthy'ego). Jestem sobie w takim właśnie pubie na krańcach wyspy, gdy nagle chudy, pijany staruszek, który z trudem siedział przy barze, zakrzyknął coś gromko, wyszedł na środek i zaczął naprawdę świetnie tańczyć (irlandzkie tańce, oczywiście). Wszyscy się śmiali i klaskali do rytmu, a on podwójnie pijany ta radością, popisywał się co raz bardziej, i widać było, że zna się na tym, co robi! Ktoś w końcu siłą niemal zaciągnął go do stolika, na którym od razu wylądował guinness zafundowany przez rozbawionego sąsiada, czy krewnego...

W każdym większym miasteczku pubów jest kilkanaście lub więcej. A wtedy lokale te zaczynają już się specjalizować... Pub  Dyskoteka, Pub Klub Nocny, Pub dla Emigrantów, Pub Spokojny, Pub Najstarszy w Mieście, Pub Irlandzki, Prawdziwy Pub Irlandzki, Jedny Prawdziwy Pub Irlandzki, Jedyny Naprawdę Prawdziwy Pub Irlandzki, czy po prostu: Pub Tylko dla Turystów. Mógłbym w swoich złośliwościach posunąć się jeszcze dalej i pójść w kierunku: Pub dla Amerykanów Poszukujących Swych Irlandzkich Korzeni, ale nie jestem taki, w końcu ja sam ciągle szukam Baru McCarthy'ego...

W swoim miasteczku, jeśli już idę do pubu, to tylko do jednego. Bywam tam co jakiś czas, jednakże, od wielu już tygodni, i teraz kiedy tylko staje w drzwiach, to po rytualnym kiwnięciu głową barman bez słowa nalewa do szklanki pintę czarnego płynu z czapą kremowej pianki, ja w tym czasie siadam przy stoliku, czy przy barze, wyciągam zeszyt, ołówek i piszę: słowa, słowa, słowa, słowa...

Któregoś wieczora pisało mi się wyjątkowo dobrze, jedna godzina – jedno piwo, druga godzina – drugie, tekstem zapełniają się kolejne strony... Na stołach pojawiły się popielniczki, znak, że jest już dosyć późno, czyli czas się zbierać. Wtem, całkiem niespodziewanie, obok mojego niedopitego jeszcze piwa, barman stawia pełny kufel. Patrzę na niego pytająco, w końcu obaj wiemy, że tego nie zamawiałem, a on ruchem głowy wskazał mi odległy koniec sali. Patrząc w tamtym kierunku dostrzegam gościa wysoko unoszącego swoją szklankę i wykonującego charakterystyczne skinięcie głową. Po chwili wahania powtórzyłem ten gest i... wróciłem do pisania. Zastanawiałem się tylko, co to wszystko na znaczyć? Czy ten pan jest 'inny'? Jeśli tak, to ma pecha! Zwłaszcza, że jest wyjątkowo brzydki i ma paskudnie owłosione ręce. Ale nie próbował przysiąść się do mnie, a później poszedł sobie, nawet nie zauważyłem kiedy. Pub był już właściwie zamknięty, barman pogasił światła i usiadł przy moim stoliku. Pogadaliśmy przez jakiś czas (nazywa się Tony i jest właścicielem tego lokalu), w końcu zapytałem go o co chodziło z tym piwem. Otóż, tamten facet, spytał Tony’ego, co ja tam tak piszę i piszę. Barman, nie przyznając się do tego, że nie wie, odpowiedział mu, że tęsknie za bliskimi i piszę długi list. Gość się tym wzruszył i na tą okoliczność postawił mi kolejkę. Ot, cała historia. Tony powiedział jeszcze, że tego wieczora jeszcze inne osoby pytały o mnie i w ogóle to byłem atrakcja lokalu.

Kilka dni później, opowiadałem tą historię swoim irlandzkim kolegom z pracy i generalnie byli ubawieni, obruszyło ich tylko moje przypuszczenie, że tamten facet był gejem. Czemuś od razu uznali (wiedzieli?), że kierowała nim inna motywacja. Może po prostu więcej wiedzą o tutejszych zwyczajach niż ja...

Innym razem, także było już późno, panowała swobodniejsza atmosfera, ja jak zwykle pisałem sobie i pisałem, gdy nagle, tuż pod moim nosem zobaczyłem cebulę. Małą cebulę nabita na widelec. Widelec trzymany przez wytatuowaną rękę należącą do Tony’ego. Popatrzyłem na niego niepewnie, a on wyraźnie chciał, żebym zjadł to warzywo. No to wziąłem ją w palce i zjadłem. To była jakaś marynowana cebula, kwaśna i cierpka w smaku, ale zupełnie do przełknięcia. Przełknąłem ostatni kawałek, barman zadowolony podniósł do góry kciuk, a kilkanaście osób siedzących i stojących w pewnym oddaleniu wkoło zaczęło bić brawo i głośno wyrażać radość, klepać się po plecach, pokazywać mnie palcami i krzyczeć coś do siebie – pełne poruszenie. Najwyraźniej wszyscy obserwowali mnie od kilku chwil, możliwe że co niektórzy 'pozakładali się' czy to zrobię czy nie. A generalnie całość wyglądała jak jakaś inicjacja. Czyżbym został przyjęty?

Czy to ty piszesz książkę? Takim pytaniem Philip zaczął nasza znajomość. Zaraz potem usiadł obok, przekartkował mój zeszyt, i dodał: 'Wszyscy mówią, że jesteś pisarzem albo dziennikarzem, ale ja sądze, że jesteś doktorem! Nigdy w życiu nie widziałem kogoś, kto pisałby takie (...) małe litery! Potrafisz to odczytać? Co tutaj jest napisane? Tutaj jest napisane 'osoba' co znaczy 'person'. Mój Boże! – zakrzyknął i poderwał się na równie nogi. Następnie chodził z moim zeszytem po pubie i pokazywał po kolei wszystkim obecnym te kilka kresek i wężyków, które według mnie znaczą 'osoba'. Każdego przy tym pytał, czy widział już kiedyś takie małe litery i każdy go zapewniał, że nie. Oparty czołem o blat stołu, z rękami na głowie, czekałem, aż się ten cyrk skończy. Kiedy już z powrotem usiadł obok mnie i oddał mi notatnik, podzielił się także wynikami sondy: 'Nikt z tu obecnych nie widział, żeby ktoś pisał takie małe litery!' Na tą też okoliczność postawił mi piwo i trochę sobie pogadaliśmy. Poznałem nowe irlandzkie słówko: saseanach (z Gaelige, czyt.: sasnig), które oznacza: fucking english men in Ireland – w wolnym tłumaczeniu: najeźdźca. W międzyczasie w celu utrzymania w aktualności wyników swojej ankiety, wołał do nas każdą nowoprzybyłą osobę i zadawał jej to samo, co wszystkim pytanie. Umysł ścisły. I też Inżynier.

W Irlandii bardzo dobre jest to, że nie wolno palić w lokalach. Biura, restauracje, puby – wolne od dymu! I to jest całkiem dobrze pomyślane. Ci, którzy muszą, wychodzą na zewnątrz – mokną, marzną, trzęsą się z zimna (wyglądają przy tym idiotycznie) i tam sobie zatruwają okolice. A normalny człowiek przesiedzi cały wieczór przy piwie i nie śmierdzi potem jak palarnia. Jest w tym wszystkim 'mały haczyk'. Po godzinie jedenastej pub jest zamykany (to wynik umowy społecznej, od tej godziny są otwierane kluby nocne – każdy chce zarobić), ale klientów siedzących już w środku, nikt nie wyprasza. Staja się oni niejako prywatnymi gośćmi właściciela lokalu, a on zazwyczaj zezwala na palenie u siebie. Stąd wspomniane już wcześniej pojawienie się popielniczek na stołach, jako znak że jest późno. Taki znaleźli sobie sposób na obejście zakazu...

Po dwóch tygodniach oczekiwania, z resztą wcześniej nie miałem nawet kiedy, wyjąłem to z zamrażalki i... 

'Przestałbyś, Kwasek, bajki opowiadać (to kumpel - dopadł mnie na GG), lepiej spytaj swojego szefa, czy nie potrzebuje kogoś do pracy, chociaż na wakacje...  Szefie, nie potrzebujesz nowego inżyniera? Twój znajomy ze studiów? Miałbym dla niego robotę, ale tylko na trzy miesiące, i musi tu być w poniedziałek rano. Potrzebuje, musisz tu być w poniedziałek rano. Yyy... będę! Będzie! A jak z jego angielskim? Mmm... No raczej słabo, mniej więcej mój poziom... To wystarczy, przecież Ty dobrze mówisz. Zatem załatwione! A wracając do tego projektu z poprzedniego tygodnia...' I tak w najbliższą niedziele wieczorem, na lotnisku w Dublinie, spotkałem kumpla sprzed lat. 'Ciągle jestem w szoku, że to zrobiłem! Jak ja Ci się teraz odwdzięczę? Przywiozłeś to, o co prosiłem? Oczywiście! No to jesteśmy kwita!' A swoją drogą ładne mi bajki – skoro na ich podstawie takie się podejmuje decyzje. Chyba jestem przekonywujący...

Więc, po dwóch tygodniach oczekiwania, z resztą wcześniej nie miałem nawet kiedy, wyjąłem to z zamrażalki i poszliśmy do pubu. 'Tony, masz ochotę na wódkę? Polską wódkę, nieeee... Strasznie pali w gardło! Ta nie pali. Hm... no to spróbujmy!' Usiedliśmy przy barze, Tony postawił kieliszki, polał, pacnął się w czoło: 'Przecież Wy jesteście Polakami!' Postawił trzy szklanki, przelał do nich z kieliszków, i dolał jeszcze tak do jednej trzeciej wysokości. 'No to: Na zdrowie! Ale Wy pierwsi!' Popatrzyliśmy z kumplem po sobie, wszyscy się gapią, cóż było robić... Sekundę później puste szklanki stuknęły o blat. 'Wow! Widzieliście to! To było coś!' Widzowie mieli jednak swoje zdanie: 'Tony, teraz Ty; Dalej, nie wąchaj, pij; Na co czekasz? Zrób tak jak oni!' I tak, biedny facet, stał się ofiarą własnych stereotypów – jakbyśmy się nie mogli kulturalnie napić z kieliszków... W końcu zebrał się na odwagę i wypił. Cisza. Wszyscy patrzą na reakcje. 'Cholera! Dobre to jest!' 'Tony, daj spróbować! I mnie, i mnie!' Kieliszek krążył z rąk do rąk. Każdy wypijał po małym łyku, mlaskał, delektował się, dyskutował z współpróbowaczami – kolejna sensacja w pubie. Wznieśliśmy jeszcze dwa 'takie' toasty i sprawa została zakończona. Barman usiadł z nami po drugiej stronie baru. Znów trochę pogadaliśmy. Pusta butelka krążyła po lokalu, wszystkim trzeba było wyjaśniać: 'Tak, na miodzie. Tak, z ziołami. Bardzo dobra. Nie mamy więcej. Dwadzieścia cztery złote czyli sześć euro. Nie wiem, kiedy jest najbliższy samolot do Polski. Też nie wiem, ile kosztuje wynajęcie busa na osiem osób...' Jedno małe pół litra Krupniku na trzech, a tyle emocji...

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek

 powrót

02.07.2005   Twelve

 

Wspominałem już kiedyś, że w zimie w Irlandii pada. W zasadzie to bardzo pada (bardzo – że często i bardzo – że mocno). Bywają wtedy burze takie że uch! A ponieważ byłem tu raz w zimie, to potrafię rozpoznać, kiedy 'naprawdę mocno pada'. I obecnie skłonny jestem nawet przerwać pomiar, kiedy 'naprawdę mocno pada'. Bo owszem, teraz też często jest deszcz. Czasem nawet mocno kropi. Ale 'naprawdę mocno', to jeszcze nie padało... I na razie ciągle jeszcze bawi mnie powtarzająca się sytuacja, kiedy nowoprzybyły rodak proponuje: Ale leje, schowajmy się gdzieś... A ja odpowiadam: schowamy się, gdy będzie 'naprawdę mocno padało', a z tym deszczem zrobimy to co zawsze – zignorujemy go. Pewnym usprawiedliwieniem moich okrutnych żartów ze zdezorientowanego człowieka prosto z kontynentu jest to, że autochtoni tak właśnie robią: ignorują opady (tak samo zresztą jak wiatr), nie jest to po prostu powód do przerwania pracy. I chyba słusznie, bo niewiele by tu narobili, gdyby nie taka postawa. Na szczęście taki deszcz trwa tutaj nie dłużej niż kwadrans, a potem zazwyczaj znów wychodzi słonce. Co prawda taka piętnastominutowa ulewa również człowieka może przemoczyć, dlatego też należy być na nią przygotowanym, zanim się zacznie. A wiedząc, że może padać codziennie i w każdej chwili... Z resztą do tego też idzie się przyzwyczaić.

 

Dla nikogo chyba nie jest zaskoczeniem fakt, że w Irlandii jeździ się lewą stroną drogi – tak samo jak w Wielkiej Brytanii. Równie mało zaskakujący jest fakt, że, chcąc czy nie chcąc, musiałem się dostosować do tego trendu. Dla kierowcy z kontynentu stanowi to pewną (większa lub mniejszą) trudność. Kierowca taki ma tendencje do jeżdżenia bardzo blisko lewej krawędzi drogi (ku przerażeniu pasażera) oraz do prób jazdy 'pod prąd' przy ruszaniu ze stacji benzynowej lub parkingu. Myślę, że ta tendencja do ocierania lewego boku auta o wszystkie przydrożne krzaki, murki czy 'zwiedzanie' tamtego pobocza wynika stąd, że 'normalne' auto z kontynentu kończy się kilkadziesiąt centymetrów od lewego ramienia kierowcy, a nie jak te tutaj: sto plus kilkadziesiąt. Jeżdżąc tutaj człowiek przez skórę czuje, że 'coś jest nie tak', dlatego jest zazwyczaj mocno skoncentrowany na tym co robi, jak to zwykle bywa w sytuacjach odstających od normy. Dużo gorzej to wygląda, gdy ktoś jest 'wyluzowany', albo myśli o czymś innym... Sam przyłapuje się jeszcze na tym, że jak mierze coś przy jakieś nieruchliwej drodze, i nagle słyszę za plecami nadjeżdżający pojazd, to zazwyczaj wcale nie jestem pewien, czy przejedzie on po pasie tym dalszym ode mnie czy po tym bliższym...

Kolejnym wielkim zaskoczeniem dla wielu jest tutejszy styl jazdy! Mianowicie, kierowcy są w stosunku do siebie, a w szczególności w stosunku do pieszych, bardzo uprzejmi. Włączanie się do ruchu, wyjazd z ulicy podporządkowanej, zawracanie, nie stanowi żadnego problemu. Kierowcy innych aut po prostu zatrzymują się i czekają, aż skończę dany manewr. To samo jest kiedy przechodzień zbliża (!) się do przejścia dla pieszych – oba pasy ruchu od razu zamierają. Kiedy zaś, w ramach pomiarów, stoję przy ulicy w swojej jaskrawożółtej kurtce, mogę w razie potrzeby zatrzymać ruch uniesieniem dłoni i puścić go dalej chwilę później – nie spotykając się ze słowem czy gestem dezaprobaty ze strony kierowców. Mam wtedy wrażenie, iż wszyscy oni uznają za oczywiste, że nie jestem tu dla przyjemności, tylko w pracy i że chwilowe zatrzymanie ruchu jest po prostu koniecznością, a nie moją fanaberią. Zwłaszcza, że jest to prawda! Nie chciałbym jednak próbować czegoś takiego w Polsce...

Inną sprawą jest to, że są tutaj obszary, gdzie bez tej uprzejmości jeżdżenie byłoby właściwie niemożliwe. Mam tutaj na myśli północno-zachodnie rejony kraju, gdzie drogi są nieprawdopodobnie wąskie. Zazwyczaj po obu ich stronach, tuż przy asfalcie, stoją metrowe kamienne murki, nie pozwalające zjechać zbyt daleko na pobocze. Samochody osobowe mijają się tam z trudem, samochodom ciężarowym czy autobusom należy ustępować drogi 'chowając się' gdzie tylko się da, często w tym celu cofając się długo...

Ale naprawdę wąskie drogi to są takie, na których na środku, na asfalcie (!) rośnie trawa. Rośnie tam ponieważ i tak żadne auto nie jest w stanie przejechać po niej kołami. Będąc kiedyś w tym rejonie 'w delegacji', wieczorem, po pracy pojechałem sobie nad morze. Piasek, fale, muszelki, zachodzące słonce i takie tam klimatyczne dyrdymały. Wracałem już po zmierzchu, spokojnie, niespiesznie, droga bardzo wąska (z trawą pośrodku), omurkowana, nie było nawet jak jechać szybciej. Z naprzeciwka, zza zakrętu powoli napatoczyło się inne auto. Akurat jeden murek ścinał trochę ten zakręt, 'przytuliłem' się więc w tym miejscu do niego (ogrodzenie typ nr 4), i czekałem. Tamten kierowca (młody chłopak) siedział nieruchomo w aucie stojącym na środku drogi. Jeszcze raz popatrzyłem w bok: według mnie – powinien się zmieścić. Chwilę odczekałem, w końcu mrugałem mu światłami. Gość się jakby ocknął, ruszył bardzo powoli, na centymetry przesuwając lusterka obok siebie – przejechał. I tylko jego wielkie oczy, i w ogóle wyraz twarzy świadczyły, że człowiek ten przeżywa właśnie czegoś niezwykłego. Nie rozpatrywałem tego jakoś głębiej, koncentrując się na wybraniu spośród identycznych omurkowanych, tej właściwej drogi prowadzącej do mojego B&B. Na drugi dzień dopiero, uświadomiłem sobie, co było powodem stresu tamtego chłopaka. Otóż będąc jeszcze (po nadmorskim spacerze) myślami gdzieś całkiem daleko stąd, ustąpiłem drogi nadjeżdżającemu samochodowi przytulając się do murka po (normalnej) prawej stronie...

Specyficzny w tym kraju też jest system (nie)ustawiania drogowskazów czy tablic z nazwami mniejszych miejscowości. Być może lokalni włodarze wychodzą z słusznego tak w sumie założenia, że tubylcy wiedzą, gdzie i dokąd jadą, a jeśli ktoś obcy naprawdę będzie chciał tu trafić, to będzie tak długo jeździł po okolicy, aż trafi. I faktycznie – tak jest!

Kolejną 'drogową' różnicą w stosunku do Polski jest inne trochę znaczenie znaków z ograniczeniem prędkości. Jeśli w Polsce przed zakrętem jest ograniczenie do sześćdziesięciu, oznacza to, że jadąc z tą prędkością można ten zakręt pokonać bezpiecznie. A tutaj występują praktycznie tylko dwa znaki tego typu: ograniczenie do pięćdziesięciu przed wjazdem na teren zabudowany i ograniczenie do stu przy wyjeździe z niego. Z tym że to drugie należy rozumieć jako: 'wolno ci jechać z prędkością sto kilometrów na godzinę, ale... osobiście, nie radzimy'. I faktycznie, pokonanie poza terenem zabudowanym trzech pierwszych zakrętów, z prędkością na jaką pozwalają znaki, dostarcza niezapomnianych wrażeń. Jeśli ktoś zdąży, to nawet może się postarzeć o kilka lat... Należy oduczyć się myślenia, że już wcześniej ktoś za mnie sprawdził, obliczył i napisał w widocznym miejscu, z jaka prędkością mogę 'wejść' w dany zakręt. Tutaj wszystko robi się na własną odpowiedzialność. Myślenie wymaganie jest od kierującego pojazdem... Ubocznym skutkiem takiego stosowania ograniczenia prędkości jest to, że naprawdę trzeba się starać, żeby ją w czasie jazdy przekroczyć...

 

Wspominałem już że w Irlandii jest dużo Polaków? Wspominałem. Jest ich/nas tak dużo, że (jako najliczniejsza tu mniejszość narodowa) zaczynamy samym swoim istnieniem wymuszać na lokalnym rynku pewne zachowania 'korzystne' dla nas. Na razie jeszcze powoli i nieudolnie, ale jednak! Począwszy od drobiazgów takich jak: pojawienie się na półkach z zagranicznymi piwami butelek z napisami: Okocim, Tyskie, Żywiec (bo jak mówią niektórzy: Żywiec górą!); przez tworzenie co raz większej ilości połączeń lotniczych obu krajów; czy wreszcie: państwowe, obowiązkowe szkolenie pracowników z bhp i ppoż.. prowadzone w języku polskim. Co jakiś czas jak się uzbiera grupka 'chętnych', to lokalny oddział PIH organizuje szkolenie korzystając z pomocy zatrudnionego u siebie tłumacza.

W jednej sali zamyka się dwudziestu facetów, jedną panią inspektor i jedną małą biedną tłumaczkę. Biedna była, bo młodziutka i jedna, a nas całe stado, z czego przytłaczająca większość nie była zbyt skomplikowana, ot, wesołe chłopaki z którejś okolicznej budowy. Wszyscy gapili się tylko na nią, wyobrażając sobie (nie)wiadomo co. Niefart tych kilku osób, których podzielność uwagi oprócz gapienia się i wyobrażania pozwala jeszcze na słuchanie, polegał na tym, że z prawie każdym przetłumaczonym zdaniem dziewczyna traciła na wartości. Sama na początku powiedziała, że są to jej już któreś tam zajęcia, w dalszym ciągu jednak nie była do nich przygotowana. Na szczęście uczestnicy sami sobie też pomagali, jak umieli, na przykład przy wypełnianiu formularza w rubryce 'zawód': 'Ej, a jak jest ten, co maluje? Picasso!; A ten... od płyt? DJ! A jak to się pisze?'; albo przy odpowiadaniu na pytania pani inspektor: 'Co to jest substancja szkodliwa? Taka, której się nie da wypić.' Pomijając już jednak te wszystkie kwestie poboczne, generalnie jestem z zadowolony ze szkolenia, zwłaszcza że po wszystkim zdałem egzamin sprawdzający wyniesioną wiedzę i otrzymałem stosowne świadectwo (ciekawe, czy na życzenie wydają też odpis w języku polskim?).

W niespodziewanych okolicznościach poznałem kilkoro sympatycznych tubylców i całą gromadę ich dzieciaków. Te ostatnie nie maja żadnych zahamowań przed wyśmiewaniem się z mojego 'engjelski'. Na szczęście resztkę szacunku udało mi się uratować na innym polu... 'Jesteś żołnierzem? Byłem. Strzelałeś z karabinu? Tak. Zabiłeś kogoś? Nie, strzelałem tylko na treningu. Z jakiego karabinu? Kałasznikow. Aaa! Jak się gra sowietami, to oni maja Kałasznikowy! Byłeś w sowieckiej armii? Niezupełnie. A jeździłeś czołgiem? Nie. A Hammerem? Nie. To co tam robiłeś ? Mmm... Skakałem ze spadochronem. Wow!'  Później, wynajętym busem pojechaliśmy na basen, a jeszcze później... na kręgle! I w żaden sposób nie dało się ukryć, że pierwszy raz w życiu rzucam taką kulą. Jednakże, gdy za którymś tam razem udało mi się wreszcie strącić wszystkie kręgle, to cale towarzystwo bardzo się z tego cieszyło. Wieczorem, przy namiotach, na polu campingowym, do późna siedzieliśmy przy ogniu, a najlepsze w tym wszystkim było to, że wokół naszego stolika została ustanowiona 'children free zone'.

 

Któregoś dnia, akurat było tu jakieś święto – dzień wolny od pracy, przesiedziałem wiele godzin przy komputerze w pustym właściwie biurze, pisząc sobie i pisząc, a wieczorem trafiłem do takiego jednego pubu. Zamówiłem piwo, rozsiadłem się wygodnie, wyciągnąłem nogi, i czekam, delektując się bezczynnością. Tony przyniósł guinnessa, postawił i spytał na tyle głośnio, że słyszało to jeszcze kilka osób: 'Dzisiaj nie piszesz? Masz wolne?' Oczywiście spowodowało to ogólny wybuch wesołości i życzliwych komentarzy. Na Tonego można liczyć, nie ma co.

 

I to tyle na ten czas...

Kwasek

 powrót

10.07.2005   Two

 

A wracając jeszcze na chwilę do różnic kulturowych, to zjawiskiem (a w zasadzie cały szereg powiązanych zjawisk) mogącym wywołać zdziwienie u kogoś z naszych stron jest tzw. lunch time. Jedna godzina umownie umieszczona gdzieś pomiędzy południem a piętnasta, kiedy to jest właściwa pora na 'małe co nie co'.

Najczęściej pora ta zaskakuje człowieka w jakimś szczerym polu. Ale nie należy wtedy wpadać w panikę, wystarczy obserwować irlandzkich kolegów. Około południa staja się oni lekko nerwowi, i jakoś tak akurat wypadają im pomiary, że zbliżają się z nimi do swojego samochodu, po czym nagle do niego wsiadają i odjeżdżają! Trzeba być czujnym, żeby nie stracić ich z oczu! Biegiem do wozu i za nimi. A potem jest już rożnie: albo lądujemy na najbliższej stacji benzynowej, gdzie jemy hamburgery czy hot-dogi, co oznacza, że w promieniu kilku kilometrów nie ma nic lepszego; albo mijamy dwie stacje benzynowe i jemy coś na następnej, co oznacza, że tamte wcześniejsze to jakieś żywieniowe porażki; albo kluczymy wąskimi dróżkami, by wreszcie trafić do lokalu, który wygląda jak połączenie sklepu metalowego i chemicznego, gdzie na życzenie pani robi na zapleczu pyszne kanapki (sandwiches) i kawę; czy wreszcie trafiamy do baru, w którym naprawdę jest w czym wybierać. Skąd oni zawsze wiedzą, gdzie jechać – nie wiem. Może wszędzie już tu byli? Irlandia nie jest w końcu duża. Ale to raczej mało prawdopodobne, w końcu mała też raczej nie jest. Może mają jakiś dodatkowy zmysł, a może czytają znaki, których ja jeszcze nie dostrzegam. W każdym razie jadąc za tubylcami lepiej się na tym wychodzi niż przy poszukiwaniach na własną rękę. Można też oczywiście przyjąć postawę minimalistyczną tzn. wyjąć własne przygotowane rano kanapki, co zazwyczaj oznacza, że 'ktoś jest Polakiem', albo oszczędza każdego centa, albo ostatnio 'mocno zaszalał' z wydatkami i teraz tłumi wyrzuty sumienia (co w sumie na jedno wychodzi).

Jeśli już dojedzie się do tej konkretnej stacji benzynowej, sklepu czy baru, to można tam spotkać bardzo wielu ludzi rożnych zawodów i stanów – wszyscy mają lunch time. Począwszy od robotników w trzewikach i żółtych kamizelkach, mówiących między sobą w każdym słowiańskim języku, przez eleganckie panie w kostiumach i facetów w krawatach i białych kołnierzykach, czy wreszcie staruszki, które poruszają się z pewnym trudem, zawsze obijają drzwiami sąsiednie samochody, ale też przyjeżdżają tu coś zjeść. A jedzenie jest rożne i w postaciach jak kto lubi: gotowe kanapki, frytki, kurczaki, makarony, sałatki warzywne i owocowe, kawy, herbaty, soki – słowem, da się przeżyć.

W którymś barze zastanawialiśmy się z kolegą nad zakupem dużego pieroga, nie wiadomo tylko było, co to tak właściwie jest? Staliśmy wiec jak te dwie sieroty, w końcu mówię: Spytam się pani i będę wiedział; Akurat! Nawet jak ci odpowie, to ciekawe, co z tego zrozumiesz?; Wszystko zrozumiem! Co by nie mówiła.; Już to widzę, to od razu spytaj, co jeszcze mogłaby polecić; Spoko, to dla mnie żaden problem; Katem oka widzę, że rzeczona pani już wygląda na ubawioną, słysząc tylko nasza rozmowę. Kumpel skrzyżował ramiona na piersi i przyjął postawę pełną drwiny, a ja wyłuszczam swoje pytania: Dzień dobry, chciałbym się dowiedzieć, z czym jest ten pieróg?; Z pieczonym kurczakiem i grzybami; A co innego mogłaby pani polecić?; Na koniec spytałem jeszcze, jak po angielsku nazywają się po kolei te wszystkie potrawy. Później, już na zewnątrz, kiedy kumpel odzyskał głos: skąd wiedziałeś, że ona jest z Polski?; Miała na fartuchu plakietkę z imieniem Agnieszka.

 

Jedną z pierwszych rzeczy, jaka się rzuca w oczy po przyjeździe, jest to, że bardzo wielu Irlandczyków to grubasy. I nie bójmy się tego słowa: grube dzieci, grube kobiety, grubi faceci. Oczywiście są też osoby w miarę proporcjonalne, ale to nie one budują ogólne wrażenie. I myślę, że tak samo jak w Stanach Zjednoczonych, jest to choroba wynikająca z dobrobytu. W każdej rodzinie jest samochód lub dwa, i najkrótsze nawet dystanse pokonuje się przy ich pomocy. Jest normalne, że posiłki zazwyczaj jada się poza domem w restauracjach, barach czy najczęściej w fast food'ach, a wieczory przesiaduje się w pubach. Ilości tłustych czy słodkich rzeczy zjadanych przez same tylko dzieci (za zgodą czy wręcz namową rodziców) jest dla mnie przerażająca.

A sposób ubierania się (zwłaszcza dziewczyn i kobiet) nie pozostawia (niestety!) niczego w sferze domysłów. Może trochę mitologizuje, ale wydaje mi się że w Polsce osoby z nadwagą ubierają się tak, aby się z tym nie afiszować. Oczywiście można dyskutować, co jest lepsze: jakieś tam maskowanie, udawanie że jest inaczej niż jest, czy przedefiniowanie pojęcia estetyki na inne obszary, jak na przykład: ładny telefon komórkowy czy elegancki discman.

 

Miałem nie pisać już o sprawach zawodowych, każdy w końcu ma jakąś pracę i się tym nie chwali... Ale, co mi tam! A było to tak: Któregoś dnia od rana pracowałem sobie GPS’em w dwuskładnikowym zestawie: baza i odbiornik, kiedy zaczęły się problemy z radiem. Odbiornik, z którym spacerowałem, pomimo rożnych prób, nie mógł się połączyć z bazą oddaloną o kilkaset metrów. Do skończenia roboty potrzebowałem jeszcze kilkunastu minut, a tu takie przeszkody. A bez radiowej łączności praca, którą wykonywałem, nie mogła być kontynuowana. Zadzwoniłem więc do biura, a szef powiedział: nic się nie martw, skoro jest sytuacja awaryjna, to wejdź w taką a taką opcje i później tylko czytaj pokazujące się komunikaty. No to zrobiłem tak, jak mi powiedział. Uruchomiłem tę opcję. A odbiornik GPS spytał, czy mam przy sobie telefon komórkowy. No mam, w końcu przed chwilą rozmawiałem z biurem. No to spytał, czy może z niego skorzystać. A korzystaj. Wtedy, ten skubaniec, połączył się przez bluetooth z moją komórką, wybrał sobie numer telefonu, którego używa baza-stacja referencyjna w Dublinie (oddalona ode mnie o ponad sto pięćdziesiąt kilometrów) i pobierając sobie potrzebne dane przez sieć telefonii komórkowej pracował tak jak zazwyczaj, może tylko troszkę wolniej. Po skończeniu pomiarów, rozłączył się i już. I nie wiem, czy to już nie podchodzi pod czary. To powinno być zabronione!

Innym znów razem, po skończeniu jednej roboty przed południem, prosto stamtąd pojechaliśmy z pomiarowym do innej miejscowości, gdzie miałem spotkać się z szefem, który musiał dowieźć nam sprzęt potrzebny na następne pomiary. Czekam na tym polu, a jest wieeelkie aż po horyzont i próbuję sobie przypomnieć wczorajszą rozmowę z przełożonym. Czy ja dobrze zrozumiałem, że mamy skończyć mierzyć całe to pole w ciągu dzisiejszego popołudnia? Może chodziło o wtorek ale w przyszłym tygodniu? W końcu przyjechał. Przywiózł jeszcze jednego pomiarowego, a na przyczepie: quada – czterokołowy motocykl terenowy. Chłopak siadł na quada, do ręki dostał GPS’a, którego oparł o podnóżek, my zmierzyliśmy wysokość od ziemi tak ustawionej tyczki, jeszcze tylko ustawić odbiornik na pomiar pikiety co dwie sekundy i naprzód! Gość jeździł (prawie latał!) po polu zakosami tam i z powrotem przez trzy godziny i w tym czasie pomierzył ukształtowanie terenu 'stawiając' kilka tysięcy punktów (normalnie trzysta punktów to jest dobra dniówka). W tym samym czasie ja z drugim pomiarowym 'powybieraliśmy' granice pola przy pomocy tachimetru. I faktycznie, wieczorem tego samego dnia robota została zakończona. Jak się dowiedziałem, firma ma na wyposażeniu dwa quady i są one używane do takich właśnie celów. Ach, po wszystkim, nie omieszkałem oczywiście sprawdzić osobiście, jak 'pracuje się' na takiej maszynie! I radości mojej nie byłoby końca, gdyby nie przybycie jednego farmera, któremu sąsiedzi donieśli, że na jego polu odbywają się jakieś dzikie rajdy. Przyjechał więc z trzema synami sprawdzić 'cotusiewlasciwiedocholerydzieje?'. Musiałem uciec się do małego kłamstwa, że robię to w ramach pomiarów, za które sam zresztą zapłacił, wiec o co chodzi, a po za tym i tak już mieliśmy kończyć, i owszem, dawniej pomiary robiło się inaczej, ale technika, panie, ciągle idzie naprzód, i tak to teraz wygląda, i ja także życzę miłego wieczoru, uff. Mam nadzieję, że nos mi od tego nie urósł.

Innym znów razem, mierzymy sobie łąkę, pełną jakichś suchych, wysokich traw, gdy przypadkiem, prawie pod naszymi nogami zobaczyliśmy ptaka. Bażancicę tak konkretnie. Siedziała nieruchomo tuż przed nami. Z głośnym szumem poderwała się dopiero, kiedy kumpel dotknął ją lekko butem. W miejscu, gdzie siedziała zostało kilkanaście małych jajek... Zrobiło nam się bardzo głupio i czym prędzej poszliśmy sobie stamtąd. Przy dalszych pomiarach omijaliśmy już ten kawałek łąki, mam więc nadzieję, że dalej już wszystko poszło dobrze.

Rożnego ptactwa jest tu wielka ilość i szkoda, że się na tym kompletnie nie znam, bo z większa przyjemnością podziwiałbym to wszystko. Samych nietoperzy codziennie wieczorem widzę kilka! Znaczy wiem, że nietoperze to akurat naciągane ptaki, ale jest też całe mnóstwo innych. Albo takie konie. Też widuje się ich tutaj bardzo dużo. Jest to oczywiście związane z lokalnymi zwyczajami, gdzie wyścigi czy targi konne zajmują wysoką pozycje w hierarchii społecznych rozrywek. Konie pojedyncze czy w stadach pasące się na łąkach widzę prawie codziennie. Jedyny 'minus' koni jest taki, że na polu, na którym są, nie można ustawić bazy GPS. Te wielkie zwierzaki zaraz tam przybiegają zobaczyć 'a co to?' oraz sprawdzić, czy nie da się tego ugryźć. Tak więc jeśli jednego dnia baza stała sobie spokojnie nad wbitym w ziemię palikiem, to drugiego dnia, jeśli okaże się że na tym polu pojawiły się konie, musi być ustawiona na innym terenie. Traci się przez to trochę czasu na szukanie nowego miejsca spełniającego odpowiednie warunki, a potem w biurze trzeba powtórzyć pewne obliczenia dla tej nowej pozycji, ale ja osobiście nie mam tego za złe tym sympatycznym w końcu zwierzakom.

Albo coś zupełnie innego. Siedziałem sobie kiedyś na skrzynce obok ustawionego tachimetru, bo partner... musiał coś załatwić, kiedy kątem oka dostrzegłem jakiś ruch na drugim końcu pola. Popatrzyłem tam, lecz oczywiście nie zobaczyłem nic szczególnego. Ot, przypadek, pomyślałem, złudzenie optyczne. Za chwilę znowu! Hmm... skoro za pierwszym razem to był przypadek, to za drugim też to mógł być przypadek. Ot, szczególny przypadek, kiedy uległem dwóm złudzeniom optycznym pod rząd. Kiedy jednak 'coś' poruszyło się po raz trzeci, przysunąłem skrzynkę do instrumentu, wycelowałem lunetę w tamto miejsce i... czekałem... A po jakimś czasie... widzę... uszy, oczy, wąsy, nos. Prosto w moja stronę patrzy królik. Nie drgnąłem nawet, więc ośmielony wylazł z norki, a za raz po nim następny, następny, następny i jeszcze mnóstwo. Biegały sobie po polu tu i tam, skubały trawę, myły sobie pyszczki i w ogóle zrobiło się jak w 'Wodnikowym wzgórzu'. Kiedy wychodzący z krzaków pomiarowy zaburzył panujący w okolicy bezruch, białe plamki śmigających ogonków  zbiegających się promieniście w jeden punkt pokazały miejsce, gdzie jest królicza nora. Oglądałem ją później z bliska, ale nie wyglądała jakoś szczególnie – zwykła mała dziura w ziemi... Zobaczyć królika z takiego bliska to było by coś!

Nieoczekiwanie dwa dni później miałem ku temu okazję. I były to bardzo dokładne oględziny! Mierzyliśmy akurat jakiś domek i ogródek przy nim, gdy gospodyni spytała, czy nie mamy ochoty na gorące tosty i kawę. Sama też potraktowała to pytanie jako retoryczne, bo na stoliku w ogródku już stały wymienione potrawy. Siedzimy, rozmawiamy, słoneczko, kawa, po tostach wjechało ciasto... Ech, czasem to jest całkiem fajna robota. Gdy zza rogu wyszedł duży pies... z małym królikiem w zębach. Położył się przy naszych nogach i zaczął zjadać swoją zdobycz. Najpierw urwał mu główkę, potem pazurami i zębami zdarł z reszty futerko, potem na trawę wyszarpał mu wnętrzności, aż sam byłem zdziwiony, ile tego mieści się w takim malutkim kadłubku. Gospodyni wyjaśniająco westchnęła: 'Nie mam już siły gonić go za to. On to po prostu uwielbia. A jego miska jest zawsze pełna!' Nic to, trzeba dokończyć kawę, ostatni kawałek ciasta i wracać do roboty.

Z innych ciekawych zajęć w pracy to była robota przy zakładaniu punktów w wzdłuż drogi, z których w przyszłości będą korzystać rożni geodeci i budowlańcy przy każdym remoncie tejże. Nad wcześniej zabetonowaną w ziemi metalową płytką z nawierconym otworkiem ustawia się na statywie odbiornik GPS a później pozostaje już tylko... czekanie. I tak przez prawie godzinę. Po tym czasie przenosi się instrument nad kolejny punkt i znów się czeka. I tak: do dwudziestu pięciu. Kilka dniówek schodzi przy tym jak nic, i nikomu (i niczemu) nie przeszkadzało to, że tym samych czasie przeczytałem książkę, kilka magazynów i pisałem sobie aż do przesytu. To była fantastyczna robota, taki bonusowy bonus! Zagadnąłem nawet szefa projektu w tym temacie, na co odparł z filozoficznym spokojem:  'ktoś to musi zrobić i tyle'. Chyba tylko dla zachowania równowagi w przyrodzie, przez kolejne dwa tygodnie miałem taki nawał pracy, jakiego jeszcze nie przeżyłem. Prawa natury są nieubłagane.

 

--

 

'Wysłuchali Państwo ostatniego odcinka...'

Właśnie minęły trzy miesiące. Dwanaście tygodni. Tyleż samo spisanych fragmentów reportażu... listów... wrażeń... obserwacji... przemyśleń... wszystkiego po trochu. Dwanaście odcinków 'Zielonej serii'. Pisałem to wszystko przede wszystkim dla osób, które przed moim wyjazdem poprosiły mnie: daj czasem znać, co u ciebie, gdy już tam będziesz. Teraz skończył się okres najciekawszy – początkowy. Czy reszta już będzie 'prozą życia' i rutyną? Pewnie tak, przynajmniej przez jakiś czas... Do piątku! Bo na piątek jestem umówiony... Ale to już zupełnie inna historia. A jak kiedyś będę pisał 'blog', to dam znać.

Wyjaśnienia wymaga jeszcze (intrygująca, przynajmniej dla niektórych) kwestia 'klucza' do numeracji poszczególnych listów, rozdziałów. Otóż, ponumerowałem rozdziały po angielsku, od jeden do dwanaście, a następnie ułożyłem numery w kolejności alfabetycznej. Pomyśl ten jest rodzajem hołdu złożonego inteligencji, błyskotliwości i humorowi, mojego ulubionego pisarza brytyjskiego, nieżyjącego już niestety: Dauglasa Adamsa.

 

Najbliższa przyszłość to urlop w Polsce, a później nowy irlandzki rozdział życia otworzy się dla mnie i reszty mojej rodziny. Nowy dom, nowy początek, nowe możliwości... Zaczniemy wspólny podbój Zielonej Wyspy... Przynajmniej dopóki nie przyjdzie nam do głowy inny pomysł. W końcu żyjemy w globalnej wiosce. Wiosce, która oglądana z tutejszej perspektywy jest kilkakrotnie mniejsza niż to wygląda z Polski...

 

I to by było na tyle. Pozdrawiam,

Kwasek

 powrót