Tuż przed Świętami wybrałam się z Watsonami do Belfastu. Bez dokładnego planu, po prostu włóczenie się po mieście... 

[J. Mynart]

Dziedziniec uniwersytetu

Inna część uniwersytetu

[J. Mynart]

Widmo uniwersytetu na sąsiadujących kamienicach i nowszych budynkach

Oranżeria w ogrodzie botanicznym zamknięta w czasie zimy... Szkoda... 

W rozarium w grudniu nie można oglądać kwiatów, ale owoce się ostały.

W ogóle czerwieni w ogrodzie było sporo, mimo niesprzyjającej pory roku.

Rozświetlone dzieło architekta amatora, kiedyś kościół, dziś miejsce prób tutejszej orkiestry.

[J. Mynart]

Niespodziewana atrakcja - kontynentalny kiermasz świąteczny. Holenderska masowa produkcja mini-naleśników. 

Oczywiście trzeba spróbować, hmmm, nawet dobre... 

Hiszpańska paella prosto z Wielkiej Brytanii? Ups, przecież formalnie jesteśmy w UK.

[J. Mynart]

Owoce morza prezentują się ciekawie...

Ale nie ma to jak porządna kiełbasa z rusztu! Niemiecka też może być.

Inne świąteczne klimaty...

Słynny pub "Korona" - wchodzący deptają oznaki brytyjskiego panowania.

Zarazem to jedyny stary budynek zachowany w sąsiedztwie hotelu "Europa" - ulubionego obiektu ataków bombowych. 

A w hotelu Europa pachnie świętami - chatka z prawdziwego piernika, klejona lukrem.

Belfast w centrum sprawia wrażenie wielkiej metropolii, wydaje się wiele większy od Dublina.

Ale jak spojrzeć w boczne ulice, to widać, że miasto się szybko kończy. 

A tu inne oblicze miasta...

Katedra Św. Anny - przy każdym krześle zdobiona poduszka.

W oknach kaplicy ekumenicznej znajome symbole.

Wstęp do następnego dnia - graffiti i ogrodzenia.

[J. Mynart]

[J. Mynart]

[J. Mynart]

Wieczór nas zastał w porcie, na nabrzeżu widać inwestycje w zmianę wizerunku miasta. 

A dzień zakończyliśmy w tajskiej restauracji.

Część druga...

strona główna