Indie

19 grudnia 2010 - Babska Wyprawa do Indii rozpoczęta. A dokładniej - do południowych Indii. Tydzień pierwszy - świątynie, w uduchowionym stanie Tamil Nadu. Lądujemy w innej zimie, nie śnieżnej, nie mroźnej. W Indiach nie wiadomo, komu wolno robić zdjęcia, a komu nie, żeby nie pytać się każdego o zdanie, raczej ludziom nie robię. Pomijając sytuacje "W Indiach nigdy nie jesteś sam" - kiedy nie sposób czekać, aż obcy znikną z kadru...

"Babska Wyprawa do Indii, wymyślona kilka lat temu, doszła do skutku. Jesteśmy z Olą w Indiach, naprawdę!
Z początkowego planu został Mumbai, Pune i Agra. Po tajemnych zwrotach i zakrętach myśli po obu końcach Europy stanęło na trasie: Chennai w Tamil Nadu, Kochi w Kerali, Mumbai i Aurengabad, Pune i Sangam, Agra i Delhi.
Tamil Nadu - jedwab i świątynie. Codziennie przynajmniej jedna, a był dzień z całym stadem światyń. Nabierałyśmy stopniowo odwagi, po ciężkim doświadczeniu zorganizowanej wycieczki grupowej doszłyśmy do dnia nawet bez autorykszy, tylko transport publiczy. Lokalne jedzenie, razem z tubylcami, ale też pierwsze zakupy ciuchowe. Tak! Znalazł się taki sprzedawca, który mnie namówił na takie zakupy!
"

 

[A. Wiśniewska]

[A. Wiśniewska]

Lotnisko w Delhi wita w sposób zaskakujący, ale jednak właściwy - językiem tradycyjnych gestów

Pierwsze spotkanie z indyjskimi słoniami. Duże są!

"W Indiach nigdy nie jesteś sam" - czytałyśmy przed wyjazdem. W pierwszym dniu przekonałyśmy się, jak bardzo to prawdziwe.

Pierwsze spotkanie z Chennai za dnia - wszędzie autoryksze, motory, rowery, wąskie ciężarówki.

Żadnych wózków, siat z zakupami, ale też żadnych podkoszulków, krótkich spodni. Jest inaczej.

Muzeum regionalne - próba tamilskiego pisma.

Budynek z czasów brytyjskich, imponujący, kiedyś mieszczący galerię regionalną

Obecnie zamknięty dla zwiedzających - rozchodzi się na szwach, jak widać.

Plaża w Chennai (Marina Beach), tak długa jak miasto, tak zaśmiecona jak miasto. Czemu śmieci na plaży robią większe wrażenie?

Typowy obrazek - plażowicze w ubraniach. Bynajmniej nie z powodu nadchodzącego wieczoru - tu jest tak przez cały dzień.

Bazylika św. Tomasza - w podziemiach grób apostoła Tomasza. Informacja o tym, że grobów apostolskich jest nie więcej niż 4 uświadamia, że jest to miejsce szczególne.

Świątyni hinduskich jest tu mnóstwo, w końcu Tamil Nadu to stan znany z ośrodków religijnych. Takie niewielkie, wciśnięte między sklepy...

[W. Regucki]

I takie wielkie, z bramami widocznymi z daleka. Świątynia Kapaleeswarar

Typowy dla południa styl zdobienia bram - tłum figur na wielu piętrach. Zapewne wiele z tych postaci i zwierząt ma specjalne znaczenie, ale w głowie się kręci od patrzenia w górę

Postaci pomalowane na niebiesko to bóstwa, pozostałe to śmiertelnicy

[A. Wiśniewska]

Białe byki poświęcone Shiwie na dachach, prawdziwe krowy w obórce poniżej,

Za tą bramą nie wolno używać ani butów, ani aparatów fotograficznych

Turystyczne frycowe - dzień zakończony zakupami w sklepach wybranych przez rykszarza. 2 pierwsze na nas nie zarobiły, ale w trzecim sprzedawca był mistrzem oczarowywania

Jednodniowa wycieczka wokół Chennai zaczyna się w dziwnym miejscu - dekoracje z planów filmowych...

Tuż obok wesołego miasteczka

Jakieś ogrody, ruiny czy co... Nie ma informacji, w jakich filmach były użyte

[A. Wiśniewska]

Robimy bogini więcej rąk, jak to na klasycznych obrazkach widziałyśmy. Tu się nikt nie powinien obrazić, skoro to udawana świątynia

Golden Beach! Niestety plaża rzadko sprzątana.

Kąpiel w Oceanie - my też takiej zażyłyśmy, stroje kąpielowe zostawiamy na Sangam

[A. Wiśniewska]

Farma krokodyli. Jesteśmy coraz bardziej zirytowane, ale jednak podziwiamy ciekawe podejście do edukacji zwiedzających.

Pierwsza moja krowa!

Oraz pierwsza koza. Jak powiedziała spotkana 2 tygodnie później Amerykanka, jeśli ktoś będąc tyle czasu w Indiach nie widział kozy, to znaczy, że ślepy lub oszust. One są wszędzie!

Jeszcze jedna plaża, tablica robi wrażenie, ale tłumaczenia na angielski nie było

Kanchipuram - uciekłyśmy z wycieczki oglądającej jedwabie i jako pierwsze dotarłyśmy do słynnej świątyni.

Szkoda, że nasz wycieczkowy przewodnik jest taki beznadziejny, przydałoby się wyjaśnienie, czym się różni frakcja czerwona od czarnej w hinduistycznej społeczności

Nawet jak nie wiemy, czym się różnią, i tak wyglądają imponująco

Nawet zabytkowe świątynie potrzebują prąd, jak widać

Schować komórki, sarongi poprawić - ostatnie przygotowania przed nabożeństwem

[A. Wiśniewska]

Frakcja biała i frakcja czarna wyszła przed świątynię. Ciekawe ilu z nich pracuje w biurach, przy komputerach...

Procesja z posągiem pod wielkim parasolem, pochodniami, bębnami wyrusza w kierunki miasta, po drodze będą błogosławić wiernych.

Co my tu robimy??? To ostatnia taka wycieczka, kiedy nie mamy wpływu na czas i program! A w tle prowizoryczny remont wejścia do kompleksu świątynnego

[A. Wiśniewska]

Humory możemy poprawić sobie kolejną wizytą w hotelowej restauracji i degustacją nowego dla nas dania. Talerz jak zwykle wyłożony biodegradalnym liściem bananowca.

Pondicherry / Puducheri - kiedyś miasto francuskie, wszyscy turyści ściągają na promenadę, popatrzeć na Ocean

Nam relaksujące oglądanie Oceanu bardzo było potrzebne po poprzednim dniu. Pomogło - klimat tego miasta pomaga.

Promenada w stylu niemal europejskim

Nie wiemy, czyja to rezydencja czy biuro, ale gdyby nie tamilskie napisy, ten budynek mógłby stanąć na Riwierze.

Rue de Dumas. Gdyby zza rogu wyszedł żandarm w kepi, nikt by się nie zdziwił

A za rogiem świątynia Ganeszy - dobrotliwego boga z głową słonia. Próbka indyjskiego nazewnictwa? Sri Manakula Vinayagar Temple

Ta wieża nie jest tak wysoka jak tamta z Chennai (a co dopiero te najsłynniejsze w Madurai), ale podobieństwo stylu jest uderzające

A przy świątyni bardzo odpustowe stoiska - ten element jest wspólny dla wszystkich chyba religii

[A. Wiśniewska]

Pondy to nie tylko atrakcja dla obcokrajowców, ale też dla tubylców, więc na straganach na promenadzie znajoma chińszczyzna. Ola inwestuje grosze w doświadczenie "nowoczesnych bangli", jak widać pani ma wprawę we wciskaniu ich na klientki

Wizytę we francuskich klimatach kończymy posiłkiem fusion - francusko-indyjska kuchnia. Ryż kokosowy pamiętam do dzisiaj.

Następna Indie część 2

Następna Indie część 3

powrót